Foto: Death to the Stock Photo

Foto: Death to the Stock Photo

Nowy rok. Facebook. Zaproszenia wyskakują na ekranie z lewej i z prawej. „52 książki w 2015 roku”, „Tematyczne wyzwanie książkowe”, czyli znowu 52 książki, ale tym razem z wymaganiami tematycznymi. Dołącz do nas!, namawiają mnie facebookowi znajomi. 

Dołączyłam, bo 52 książki to nie tak dużo. Dla mnie nie dużo. W końcu czytanie to moja ulubiona forma spędzania wolnego czasu. A jak nie ma czasu na czytanie, to i tak jest. Znajdzie się. Mól książkowy mojego formatu czyta i tak więcej niż 52 książki rocznie. Pewnie mogłabym czytać jeszcze więcej, ale ja czytam powoli, chociaż wolę mówić, że czytam uważnie.

Jedna książka tygodniowo. Tak mało, a dla niektórych tak dużo. Mimo, że jestem za wyzwaniami czytelniczymi, nie zupełnie się zgadzam z taką formą szerzenia miłości do książek.

Czytanie powinno być przyjemnością, nie stresem. Wielu z tych, którzy podejmują się tego wyzwania nigdy nie czytała tylu książek rocznie. I bardzo często ma ku temu dobre powody. Praca, dzieci, partner, przyjaciele, czyli krótko mówiąc, życie. Wszyscy dobrze pamiętamy jaką „przysługą” była dla większości z nas szkolna lista lektur obowiązkowych. Stres związany ze skończeniem książki na czas obrzydził czytanie wielu ludziom.

Czytajcie, powiadam Wam. Czytajcie. Odpuśćcie sobie jednak cel numeryczny. Wolałabym, żebyście przeczytali 20, czy 30 książek, z przyjemnością, niż 52, lecz w lekkim stresie. Wiem, że co powiedziane na Facebooku to święte i wycofać się głupio, ale dla tych co prawie nie czytają, ta liczba może się okazać nieosiągalna. Nie chcemy przecież, żebyście się zniechęcili do czytania. Chcemy, żebyście któregoś roku przeczytali 52 książki, a może i więcej, nie zauważając, że tyle ich było.

Czytajcie dla czytania, dla opowieści, dla siebie. Jak przeczytacie jedną książkę na miesiąc, to też się świat nie zawali. Jedna książka miesięcznie to więcej niż zero książek.

Trzymam kciuki za Was i wasze czytelnicze przygody.