Zdjęcie: kaboompics.com

Zdjęcie: kaboompics.com

Na emigracji można tęsknić za wieloma rzeczami. Można tęsknić za rodziną, przyjaciółmi, spotkaniami przy kawie czy za ukochanymi książkami, których nie zabraliśmy ze sobą. Jednak tęsknota za smakami, których nie możemy znaleźć w nowym kraju, jest chyba najtrudniejsza.

Z rodziną czy przyjaciółmi można pogadać na Skypie, podpatrzeć na Facebooku co się u nich dzieje, zadzwonić lub wysłać wiadomość. Już kiedyś mówiłam, że współczesna emigracja to nie zesłanie. Dzięki mediom społecznościowym i wspaniałej technice, ludzie są w zasięgu ręki.

Smaki natomiast są czasami nie do odtworzenia. Nie tęsknię za wszystkim. W Holandii polskich sklepów jak mrówków. Prawie wszystko można znaleźć. No właśnie, prawie.

Latem tęsknię za czereśniami i objadaniem się nimi do bólu brzucha. Za bobem, bo mrożony to nie to samo. Za dłubaniem w słoneczniku. Że nie wspomnę już o mirabelkach i agreście. Proste smaki, tutaj gdzie mieszkam niedostępne, a tak bardzo mi do nich tęskno. Zimą zapominam, ale latem, kiedy cała Polska fotografuje te smakołyki, zaczynam na nowo targowe poszukiwania.

Może kiedyś, kiedy będę już miała mój dom pośrodku niczego, posadzę sobie w ogrodzie czereśnię, mirabelkę, agrest i słoneczniki. I czarną porzeczkę. I krzewy jeżynowe. I może jeszcze papierówkę.

Jeżeli chcecie poczytać o emigracji z innej, alfabetycznej, perspektywy, zajrzyjcie na blogi moich koleżanek z Klubu Polek na Obczyźnie. Spis znajdziecie tutaj