IMG_6612

Moja przygoda w Holandii zaczynała się w Amsterdamie. Mieszkaliśmy tam w mieszkaniu wynajętym od znajomego brata A. Nie trwało to długo, bo ja przyjechałam w połowie czerwca, a już we wrześniu musieliśmy się wyprowadzić.

Dosyć szybko rozpoczęliśmy więc poszukiwania nowego miejsca zamieszkania. Najpierw szukaliśmy mieszkania do wynajęcia, a kiedy nic nie mogliśmy znaleźć przemyśleliśmy sprawę i wyszło, że bardziej opłaca nam się kupić.

We wrześniu przeprowadziliśmy się więc do moich teściów, gdzie mieliśmy przeczekać miesiąc, może dwa, aż znajdziemy nasze miejsce na ziemi. Kupowanie mieszkania w Amsterdamie to jakieś szaleństwo. Mieszkania są albo małe, albo do generalnego remontu, albo mają cenę z kosmosu, a najczęściej wszystko naraz.

Byliśmy już mocno zmęczeni polowaniem na dobre miejsce, gdy teściowa przy kolacji zapytała „A Haarlem? Myśleliście o Haarlemie?”. Spojrzałam na A., a on z lekką niechęcią stwierdził, że możemy spróbować.

Miesiąc później mieliśmy podpisaną umowę kupna, a za kolejny mieliśmy odebrać klucze. Haarlem stał się naszym domem i teraz nie wyobrażamy sobie mieszkania w Amsterdamie.

Haarlem to urocze miasto, zwane przez niektórych małym Amsterdamem. W zasadzie ma wszystko to, czego szuka się w mieście, ale w formie kompaktowej. No i bez tłumów turystów, którzy zalewają Amsterdam. Do Amsterdamu można dojechać w 15 minut pociągiem, a ten jeździ tak często, że nie muszę sprawdzać rozkładu.

Uwielbiam to miasto i za żadne pieniądze nie przeprowadziłabym się do stolicy. To tutaj znalazłam mój idealny dom, ten z młodzieńczych marzeń. Musicie wiedzieć, że kiedyś marzyłam o domu z kominkiem (jest), szerokimi parapetami, na których można siedzieć i czytać książkę (są) i blisko morza, żeby można było wyskoczyć na godzinkę (jest). Wszystkie punkty zaliczone.

 

Jeżeli chcecie poczytać o emigracji z innej, alfabetycznej, perspektywy, zajrzyjcie na blogi moich koleżanek z Klubu Polek na Obczyźnie. Spis znajdziecie tutaj