DeathtoStock_Medium9

Zdjęcie: Death to the Stock Photo

Raz w miesiącu wracam do domu z Warszawy naładowana kreatywną energią. W samolocie nie mogę się skupić na książce, bo myślę jak i co napisać. Mam wrażenie, że słowa zaczną mi się zaraz wylewać nawet uszami. Myślę sobie jak to będzie dobrze usiąść w domu nad białą kartką, tudzież przed komputerem i pisać, pisać, pisać. 

Wchodzę do domu i wychodzi ze mnie zmęczenie całego weekendu. Noce po 6-7 godzin dają o sobie znać. Zapadam się w kanapę, przytulam do A. i kotów, zanurzam się w książkę i tylko od czasu do czasu podnoszę głowę, żeby sięgnąć po herbatę. Myślę sobie: „Dzisiaj się nie udało, ale za to jutro ruszę z kopyta.”

Dzisiaj jest jutro. To z kopytem. I co? Robię wszystko, ale nie piszę. Bo przecież trzeba odkurzyć, oddać książki do biblioteki, zrobić jakieś zakupy, napisać coś na bloga, odpowiedzieć wreszcie na kilka maili i jeszcze mogłabym zrobić pranie.

Jutro więc. Jutro zacznę pisać to opowiadanie. Dzisiaj już sobie odpuszczę. Pozwolę sobie na odpoczynek. Poczytam książkę, ugotuję coś dobrego, nacieszę się wspólnym czasem na kanapie. Jutro będę pisać. Jutro ruszę z kopyta.