rkz2iypkliy-juliette-leufke

Zdjęcie: Juliette Leufke | Unsplash

Ostatnie miesiące to w moim poczuciu ciągła walka. O siebie, o moje marzenia, o siłę, o zdrowie teścia, o poważne traktowanie w pracy. W ostatnich tygodniach pękłam dwa razy, bo zabrakło mi już siły na uśmiech i powtarzanie „będzie dobrze”. Czasem dobrze jest się tak rozpaść, szczególnie jak obok jest ktoś, kto pomoże ci się pozbierać.

W poniedziałek dostałam awans w pracy. Cieszyłam się jak dziecko z prezentu od Mikołaja. Chciałam oznajmiać światu na wszystkie możliwe sposoby, że mi się udało. W środę moja radość została przytemperowana zaoferowaną mi umową. Nie mogę się na nią zgodzić, po prostu nie mogę znowu pracować na umowie przez biuro pośrednictwa pracy, nie i koniec.

Znowu więc walczę. Tym razem o lepszą umowę. I muszę przyznać, że wcale nie jest mi z tym dobrze. W poniedziałek jestem umówiona na rozmowę z HR, będę walczyć do ostatnich kropli krwi, chociaż w tej chwili zastanawiam się czy mam jeszcze na to siłę.

Ta cała sytuacja przypomniała mi, że ja mam inne marzenia i że to o nie powinnam walczyć. Ciągle jednak odkładam je na lepszy moment, kiedy będzie spokojniej w moim życiu. A co, jeżeli ten lepszy, spokojny czas nigdy nie nadejdzie?

Wracam do walki o siebie, o moje pisarskie marzenie. Od dwóch dni siedzą mi głowie słowa mojej drogiej nauczycielki pisania, Ewy. Kiedy napisałam jej o swoich wątpliwościach, zapytała mnie czy mi na sobie zależy. A potem napisała tak: <<A może być przestała kombinować, tylko zaczęła codziennie pracować? Konsekwentnie, codziennie, z celem: “Moja książka będzie gotowa do piętnastego września.”>>

I ten czas wreszcie nadszedł. Kryzys w pracy przypomniał mi co jest dla mnie najważniejsze. Może powinnam im w poniedziałek za to podziękować?