IMG_8241

Cisnę na pedały roweru jak szalona, bo wiem, że jestem już spóźniona do pracy. Nie mam nic do poniedziałków, ale to jedyny dzień, kiedy zaczynam o dziewiątej i czasem jest mi trudniej niż łatwiej, żeby zjawić się na czas. Jest za pięć dziewiąta, a przede mną jeszcze połowa drogi. Nic to, myślę, zostanę parę minut dłużej i się wyrówna. Nikt mnie nie kontroluje, nie odbijam karty przy wejściu, ale jednak dziwnie się czuję spóźniona.

W drodze do pracy mijam lokalną kafejkę. Wszystkie stoliki są zajęte. Kobiety i mężczyźni, w większości mężczyźni, średnia wieku trzydzieści pięć lat, siedzą nad kawą i śniadaniem. Nikt się nie spieszy. Słyszę śmiech i rozmowy o planach wakacyjnych. Dalej mijam biegaczy, spacerowiczów i rodziców niespiesznie odprowadzających dzieci do szkoły. Gdyby nie ci ostatni zaczęłabym się zastanawiać czy nie pędzę jak wariat do pracy w niedzielę.

Wszędzie głównie mężczyźni. Kobiety jakby zapadły się pod ziemię. I właśnie wtedy przypominam sobie, że poniedziałki, tak jak piątku, to najczęściej wybierany „papadag”, czyli dzień w którym panowie bawią się w tatę. Mamy dostają wolne, idą na jogę, do siłowni albo zamykają się w pokoju na poddaszu i rozwijają swoją kreatywną stronę.

Poniedziałki są dziwne. Większość sklepów otworzy się dopiero koło trzynastej, niektóre wcale, wieczorem trudno jest znaleźć otwartą restaurację, w coraz większej ilości gmin poczta nie dostarczy Twojego listu. Takie przedłużenie weekendu.

Przestaję się spieszyć, te kilka minut niczego nie zmieni. Zatrzymuję się na chwilę, żeby zrobić zdjęcie. Oddycham otaczającym mnie spokojem. Poniedziałek nie jest taki zły.