DeathtoStock_SWEAT-5

Zdjęcie: Death to the Stock Photo

Tak, tak, to już dzisiaj. Kończę 40 lat! Ktoś gdzieś powiedział, że to najpiękniejszy wiek dla kobiety. Ja mam nadzieję, że przyniesie pozytywne zmiany, trochę odwagi, spełnienie choć jednego marzenia i wewnętrzny spokój. Czterdziestka miała też przynieść życiową formę, ale jak to często z planami bywa, nadal mi do niej daleko.

Co się stało? Ach, zaczęło się w drugiej połowie października. Suchy kaszel, nic więcej, żadnego kataru, złego samopoczucia, tylko kaszel. Za to taki, że płuca mi do gardła podchodziły, a po ponad tygodniu tak bolały mnie klatka piersiowa i żebra, że musiałam w końcu pójść do lekarza. Dostałam antybiotyk, trzydniową kurację, i zaczęło mi się poprawiać. O szczęście!, myślałam, wreszcie będę mogła prowadzić normalnie rozmowę i nie będę kaszleć dwadzieścia minut po pokonaniu schodów w domu.

Miało być tak pięknie, ale mój organizm postanowił mi pokazać, że łatwo nie będzie. Zaczęło się od jednego guzka na nodze, tuż pod kolanem. Lekko bolesny, zaczerwieniony. Myślałam, że znowu na coś wlazłam i nabiłam sobie kolejnego guza. Bo wiecie, mnie meble nie lubią i strasznie mi dokuczają. Po kilku dniach guzek rozrósł się na pół nogi i zaczęły się pojawiać kolejne, nie tylko na łydkach i piszczelach, ale też na udach, pośladkach i nadgarstkach. Wszystko coraz bardziej bolesne, aż w końcu nie mogłam normalnie chodzić.

Trafiłam na dermatologię, tam patrzyli na moje nogi jak na najciekawszy okaz w laboratorium. Czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Pobrali próbkę skóry, zapakowali w bandaż uciskowy, odesłali na badania krwi i do domu. A domu gorączka i jeszcze większy ból. No to z powrotem do szpitala, odwijanie, przeglądanie wyników krwi, zakładanie opasek uciskowych i do domu.

Te opaski to cuda zdziałały, nagle mogłam chodzić, normalnie, jakby nigdy nic. Coś niesamowitego. Do lekarza jechałam na wózku, do domu prawie biegłam ze szczęścia. Opaski uciskowe od palców do kolan, mogłam chodzić, ale nie mogłam trenować. I tak do połowy stycznia.

Pod koniec stycznia zmarła moja teściowa, a tydzień po niej teść. I wszystko stanęło na głowie.

I tak mój plan poszedł sobie swoją drogą. Nadal ćwiczę, choć ostatnio mniej intensywnie. Powoli nabieram nowego rozpędu. Nie jestem w formie życia, ale nie jest też tragicznie. Pewnie, że mogłoby być lepiej, ale zważywszy na okoliczności, cieszę się, że nie odpuściłam totalnie. Pracuję nad formą, powoli, bezstresowo. Znajdą ją gdzieś w czterdziestkach, jestem o tym przekonana.