IMG_0161

Po kilku trudnych miesiącach potrzebowaliśmy oddechu, spokoju, oderwania od rzeczywistości. Potrzebowaliśmy urlopu. Na szczęście stał zaplanowany już od dawna na koniec maja. Dla mnie okazał się to moment osiągnięcia granicy wytrzymałości. Do tego stopnia, że tuż przed urlopem dodałam sobie jeszcze jeden dzień. Inaczej bym wybuchła.

Osiągnęłam to, czego jeszcze nigdy mi się nie udało osiągnąć. Chciałam uciekać. Dosłownie. Miałam ochotę biec przed siebie i się nie zatrzymywać. Tak długo aż dotrę gdzieś, gdzie mnie nie znajdą i będę wreszcie miała upragniony spokój.

Koniec końców biec nie musiałam. Na szczęście, bo moja kondycja pozostawia wiele do życzenia. Wsiedliśmy razem w samochód i oddalaliśmy się od domu, starając się zostawiać kłopoczące nas myśli za sobą.

Pierwszy przystanek: Francja, na złączeniu trzech krajów. Tuż przy granicy z Luksemburgiem i Niemcami. Mała wioska, mały apartament z pięknym widokiem. Wynajęliśmy na tydzień. Uciekaliśmy drugiego dnia. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy zmęczenie nie pozwalało na wesołość.

Wygoniły nas kościelne dzwony. Co piętnaście minut oświadczały, że przemija czas. Pierwszy kwadrans: ding-dong, drugi: ding-dong, ding-dong, trzeci: ding-dong, ding-dong, ding-dong, czwarty: ding-dong, ding-dong, ding-dong, ding-dong i tyle uderzeń ile ma dana godzina. I tak dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Ja wiem, że do tego się można przyzwyczaić, ale jak się źle śpi od pięciu miesięcy i szuka się odpoczynku, to nie ma czasu na przyzwyczajanie się do hałasu.

Na szczęście właścicielka znalazła dla nas rozwiązanie i mogliśmy zatrzymać się w jej domu nad Mozelą, w Luksemburgu. Cisza, spokój i przepiękny widok z tarasu.

Wreszcie znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Czas dla siebie, ciszę i, co najważniejsze, sen. Jak ja tam dobrze spałam! Myślałam, że to już się nigdy nie stanie.

Potem przenieśliśmy się do Niemiec, do Eifel. I znowu, spokój, cisza, piękne widoki i do tego jeszcze las pod nosem. Wokół domku słychać było bzyczenie pszczół i śpiew ptaków. Od czasu do czasu traktor.

Turns out that I feel better surrounded by nature. The big city girl is tired of constant noise and bustle. • Nature is not quiet either, but this is the noise that’s calming. The birds start singing at 4 am and do not stop until it’s completely dark, the bees are buzzing constantly, sometimes a dog will bark. And still it doesn’t irritate me as the music seeping through the wall can. • I’m still amazed by this change in me. The big city girl wanting to live in a quiet house surrounded by nature and nothing else. 🌳 #nature #naturelover #naturewalks #quiet #quietplace #podróżemałeiduże #quietlife #holiday #enjoyingthemoment #natura #wiosna #spring #lente #spokój #spokójicisza #cisza #naturalnie #spokojneżycie #sielanka #wśródnatury #wakacje #vakantie #natuur #natuurwandeling #rust #stilte #rustigleven

A post shared by Anna Maria Boland (@annamboland) on

To właśnie w tej ciszy doszłam do wniosku, że najbardziej to bym chciała ruszyć w podróż. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to ucieczka od podejmowania decyzji. Takie odroczenie wyroku. Zamarzyła mi się podróż, kilkumiesięczna, po Włoszech albo po Europie. Wolność, oderwanie od rzeczywistości, spokój duszy.

Teraz, już w domu szukam spokoju inaczej. Nie wykluczam podróży, ale też staram się odnaleźć ten spokój z wakacji. Spokój, który zaraz po powrocie został zburzony. Rzeczywistość dała mi od razu popalić i to tak, że dosłownie wyłam z niemocy.

Szukam spokoju. Swojego na niego sposobu. Wiem, że musimy się przeprowadzić. To jeden z kroków. Jednak muszę zmienić więcej. Sytuację zawodową, własne podejście do życia i spraw. Samoocenę, pozbyć się kilku demonów. Nauczyć się stawiać wyraźne granice i lepiej dbać o siebie. Stawiać swoje potrzeby przed potrzebami innych. Żyć inaczej, własnym rytmem, według własnych wartości.

To długa i trudna droga. Ruszam nią mimo że nie jestem całkowicie na nią gotowa. Muszę. Tak wewnętrznie czuję, że muszę, że nadszedł ten czas.