Jestem książkoholikiem. Kocham czytać i nie wyobrażam sobie życia bez książek. Kiedy zdarzy mi się dzień bez czytania, wieczorem jestem niespokojna, czegoś mi brakuje, mam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Najczęściej jednak dzień zaczynam i kończę z książką. Lubię te moje czytelnicze rytuały.

Lubię kupować książki, ich widok podnosi mnie na duchu. Kupuję na zaś. Nie umiem się powstrzymać. W domowej biblioteczce mam półkę przeznaczoną na książki do przeczytania. Jest ich jednak tak dużo, że rozniosły się po całym salonie. Stosik tu, stosik tam. Tutaj książki po polsku, tam po niderlandzku, a jeszcze gdzie indziej po angielsku. Na stole dumnie leżą książki z biblioteki. Mam zapasów na rok czytania.

Nie wiem jak to jest nie mieć książek, które czekają na przeczytanie. Muszę przyznać, że przeraża mnie taka wizja. Lubię wiedzieć, że w każdej chwili mogę sięgnąć po kolejną książkę. Czytnik trochę to ułatwia, ale nie zastępuję widoku czekających na mnie książek.

Nie mam wyrzutów sumienia, wydając pieniądze na książki. Przestałam też z tym walczyć. Postanowiłam nie stosować już okresowych zakazów. Nie próbuję się powstrzymywać. To nie ma sensu. Dawało mi to tylko poczucie odbywania kary. I za co? Za miłość do książek i opowieści?

Równie łatwo jak kupowanie przychodzi mi książek oddawanie. Tych przeczytanych i tych odłożonych po kilkudziesięciu stronach. Niech inni się nimi cieszą. Odnoszę do sklepów charytatywnych, oddaję znajomym, wysyłam zainteresowanym instagramowiczom. Nie lubię natomiast pożyczać książek, za często do mnie nie wracają. Nie muszę mieć wszystkich książek na półkach, ale skoro tę mam i pożyczam, to chciałabym ją też dostać z powrotem.