Próbuj życia i układaj je na własny sposób. Żyj najpiękniej jak umiesz, po swojemu. Spełniaj się. Abyś zawsze wiedziała po co żyć i o co walczyć.

Te słowa napisała mi mama w kartce na moje trzydzieste urodziny. Żyć po swojemu, próbować życia, szukać własnej drogi – to najlepsze co możemy dla siebie zrobić. To najpiękniejsze życzenia jakie możemy dostać.

Mam niepokorność i buntowniczość we krwi. Niezgodę na spełnianie czyichś oczekiwań wypracowałam w szkole podstawowej. Po latach słuchania „ach gdybyś była jak twoja siostra, to byłabyś… (tu wstaw wszystko to czym nie byłam)”, mój bunt na bycie kimś kim nie jestem urósł do nieprzewidywalnych rozmiarów. Ja chciałam być sobą, nie moją siostrą, chciałabym też być akceptowana za to kim i jaka jestem, nie nawoływana do zmieniania siebie, do podporządkowywania się czyjemuś ideałowi.

Teraz jak słyszę „bo tak trzeba” albo „bo tak wypada”, to czuję chłód na kręgosłupie, serce zaczyna mi szybciej bić, a mój umysł szuka wszystkich innych możliwości.

Mimo tego nauczyłam się nie buntować dla samego buntowania. W końcu mam czterdzieści lat, a nie szesnaście. Nauczyłam się sprawdzać czy to „co wypada” lub czy to „co się powinno” jest dla mnie dobre. Zadaję sobie regularnie trzy pytania „czego potrzebuję?”, „co jest dla mnie dobre?” i „co jest dla mnie ważne?”. To pytania kierunkowskazy, pomagające być ew styczności z moją życiową wizją.

Powtarzam sobie też regularnie, że oczekiwania innych wobec mnie są właśnie tylko tym, ich oczekiwaniami. To nie są moje obietnice, nie jestem nikomu nic winna. Mam prawo żyć na własnych zasadach, być sobą, nie dać się zamknąć w murach powinności.

Stawianie własnego dobra na pierwszym miejscu nie jest łatwe, ale można się tego nauczyć. To nie egoizm, jak lubią nam wmawiać wszyscy botaktrzebusie, to szacunek dla siebie samego.