Początki ładnie pachną, świeżością, trochę nowym samochodem. Jesteśmy pełni zapału i widzimy przed sobą świetlaną przyszłość, jedno wielkie pasmo sukcesów. Od teraz będzie inaczej, lepiej, ładniej, bardziej kolorowo. Jesteśmy na dobrej drodze i nagle, zupełnie niespodziewanie, życie wchodzi nam w drogę. Kot rzyga co godzinę, a przyjaciółka dzwoni, bo potrzebuje się wygadać. Teraz to już nie ma sensu dalej się tym zajmować, myślimy i włączamy Netflixa. Jutro przecież też jest dzień. A jutro znowu dzwoni przyjaciółka, zaczyna chorować pies albo kanarek, a my kończymy na YouTubie, oglądając filmy o kotkach. Przecież zawsze możemy zacząć od poniedziałku. I to właśnie wtedy okazuje się, że jutro to nie ten dzień i zgubiliśmy poniedziałek. Nawet nie wiemy kiedy mijają kolejne miesiące, a my mamy poczucie, że przebimbaliśmy ten rok.

To co nas często ogranicza w zaczynaniu do nowa, to nasze myślenie o początku. Zaczynamy od poniedziałku, od pierwszego, od nowego roku. A gdybyśmy tak zagięli rzeczywistość? Bo czy środa musi oznaczać, że jesteśmy gdzieś w połowie? Przecież możemy postanowić, że jest to po prostu nowy dzień i znaleźć w niej idealny początek.

Specjalne daty wydają nam się magiczne. Potrafimy znaleźć w nich energię, siłę do zmian i odwagę na pierwszy krok. Myślimy, że tak już będzie zawsze, a potem… patrz pierwszy paragraf.

Jeżeli jednak nie ograniczymy siebie specjalnymi datami, możemy mieć tych początków nieskończenie wiele. Sami możemy zdecydować, kiedy jest dla nas ten moment. Nie musimy czekać na urodziny, święta, poniedziałki czy powrót z wakacji. Nasz początek, nasze momentum, może być równie dobrze w czwartkowe popołudnie o piętnastej. Czemu nie?