Jak patrzę na siebie dwudziestoletnią, to oczom nie wierzę. Każdy weekend na imprezie albo w klubie, całe dnie i noce na wysokich obcasach, spotkania ze znajomymi kilka razy w tygodniu. Nie wiem jak ja to robiłam. Ten hałas, przekrzykiwanie muzyki, kolejki do toalety, bycie ciągle potrącanym i dotykanym przez obcych ludzi. Nawet to pisząc czuję dreszcz przebiegający mi po plecach. Nie rozumiem jak mogłam to sobie robić.
Nie lubię tłumów ani hałasu, najlepiej czuję się w domu, w ciszy (choć trudno o nią tu gdzie mieszkam i czas to zmienić).

Mam wrażenie, że przez lata funkcjonowałam wbrew własnej naturze. Nie wiem czy to robiłam, bo wydawało mi się, że tak trzeba, czy nie umiałam wsłuchiwać się we własne potrzeby. A może, tak najzwyczajniej, istnieje gdzieś we mnie potrzeba kontaktów międzyludzkich? W zasadzie jestem tego pewna. Bo mimo mojego uwielbienia dla kocyka i spodni od dresu, lubię rozmawiać z ludźmi. Jestem ciekawa świata, innych ludzi i tego co nimi kieruje, jak myślą, co i jak to robią. Nie chcę żyć we własnej bańce. Świat ma mi przecież tyle do zaoferowania. Nie bez powodu mam ciągły głód wiedzy i zafascynował mnie coaching. Ludzi i ich motywacje, problemy, bolączki, szczęście i potrzeby, to coś, co nigdy nie przestanie mnie interesować. To nie tak, że ja nie lubię ludzi, ja mam niską potrzebę wychodzenia z domu.

Dlatego pokochałam media społecznościowe od pierwszego wejrzenia. Odnalazłam w nich świat, który łączy moje potrzeby, domatorstwo i kontakty z ludźmi. Nie wiem czy jestem nudziarą czy domatorką. Wychodzi jednak na to, że jestem webtrowertyczką. To określenie, wymyślone przez Sarę Tasker idealnie do mnie pasuje. Podczas gdy spotkania z ludźmi potrafią wyciągnąć ze mnie energię, to rozmowy online najczęściej powodują jej przypływ. Jasne, że w obu przypadkach są wyjątki, ale sam fakt, że w drugim przypadku mogę nie wychodzić z domu, być nieuczesana i nieumalowana, zawsze będzie na plus.