Ręcznik pachnie latem i nagle zachciewa mi się wakacji pod namiotem. Mi, kobiecie która się brzydzi publicznych łazienek. Jednak w głowie pojawiają się obrazki jak z marzeń. Kuchenka gazowa na trawie, świeże ryby, ręcznik suszący się na pobliskim drzewie, kostium kąpielowy na linkach namiotowych. Wakacje pełne zapachu smażonych ryb, ziemniaków z ogniska, odmoczonych paluchów, przegrzanych namiotów i chłodzących porannych kąpieli w jeziorze.

Właśnie wtedy, kiedy obraz jest już zupełnie ostry i jaskrawy, a ja chcę pędzić do sklepu po namiot, przez okno wpada, rozkręcone na cały regulator, disco polo. Zagłusza wszystko, skwierczenie rybki, śmiech dobiegający z pomostu i plusk wody przy brzegu. Pojawia się nowy obraz. Tym razem pole namiotowe dudni muzyką i pokrzykiwaniem podpitych koleżków. W powietrzu unosi się smród rozlanego piwa i odgłos przesuwanych przez wiatr puszek. Ręcznik pachnie stęchlizną, a na linkach namiotowych suszą się białe męskie gacie.

Przestawiam myśli na inne tory. Szukam w głowie zapachów, wspomnień, smaków. Pokój znów zaczyna pachnieć słońcem, drewnianym pomostem, nagrzanym jeziorem. Pamiętam łowienie ryb z tatą, łapanie raków przy pomoście, wieczorne ciche rozmowy przed namiotem, zapach ogniska i smak ziemniaków z popiołu.

Pamiętam studenta medycyny, który się śmiał, że na moich wystających kościach może się uczyć anatomii. Pamiętam radość taty z przypadkowo złowionego węgorza. Pamiętam noc w namiocie z wysoką gorączką i majaki. I sklep papierniczy i księgarnię w Ełku. I panią, do której chodziliśmy po jajka i mleko.

W ogóle nie pamiętam łazienek. W pamięci został mi tylko rząd umywalek na świeżym powietrzu, przy których myło się zęby. Reszta rozmyła się w niepamięci.