Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam co popychało mnie do największych zmian. Kiedy w 2010 roku przestałam latać i poszłam na studia, kiedy dwa lata później całkowicie zrezygnowałam z pracy w lotnictwie, kiedy w 2015 roku poszłam na studia podyplomowe z kreatywnego pisania, kiedy w 2018 roku zrobiłam wreszcie szkolenie coachingowe, kiedy poszłam terapię, te wszystkie momenty były wywołane frustracją. Frustracją i niezadowoleniem z obecnego stanu rzeczy.

Nie lubię narzekactwa, siedzenia na dupie i marudzenia jak jest mi źle. Nie akceptuję tego u siebie ani u innych. Skoro jest mi źle, to muszę coś z tym zrobić. Wziąć odpowiedzialność za swoje życie i poszukać możliwości rozwiązania problemu. Mam zawsze dwa wyjścia. Spróbować poprawić moją sytuację poprzez zmianę podejścia lub rozmowę z kimś, kto też ma na nią wpływ albo zmienić moją sytuację, szukając nowych możliwości.

Zwykle przechodzę przez obie opcje. Najpierw próbuję naprawić to co jest, a jak się nie da (a przyznaję, że jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby się dało), zmieniam. Szukam nowych opcji, bo chcę żyć dobrze, w zgodzie ze sobą.

Frustracja to dar, to znak, że czas przyjrzeć się sobie i temu co się dzieje wokół nas. Frustracja prowadzi to zmian, jeżeli tylko jej posłuchamy. To właśnie ona pozwala nam uniknąć wypalenia, wysyła nam sygnały, wskazuje bolesne miejsca.

Ja jej zawsze słucham. To mój przewodnik w tworzeniu dobrego życia. Pozwala mi nie tracić z oczu tego, co jest dla mnie ważne. Dzięki niej odchodzę od sytuacji, które mnie blokują, zatrzymują w miejscu, które nie jest dla mnie dobre. To właśnie dzięki frustracji ciągle zmieniam swoje życie, ciągle czuję się lepiej.