Zniknęłam. Znowu. Wszystko przez przeprowadzkę. Po sześciu tygodniach w Niemczech jesteśmy od dwóch tygodni w nowym domu. Powoli wszystko ogarniamy. Mój pokój do pracy jest już w zasadzie gotowy. Brakuje tylko jeszcze fotela i kabla do podłączenia laptopa do monitora. Ale siedzę sobie tutaj codziennie i dłubię. Piszę, myślę, kombinuję, szukam możliwości zarobku.

Po sześciu tygodniach w zawieszeniu, a w zasadzie po paru miesiącach, bo życie w miejscu, z którego się wyprowadzałam na drugi koniec kraju, to też w zasadzie zawieszenie, wreszcie mogę planować, działać, zaczynać rzeczy, które związane są z miejscem pobytu. Wreszcie mogę odetchnąć i czuję, że powoli mi się to udaje.

Wszyscy mówią, że przeprowadzka to ogromny stres. Ja uważam, że to raczej ogromne zmęczenie. Stresu udało nam się uniknąć, głównie dzięki dobrej firmie przeprowadzkowej. Poza tym mieliśmy czas, żeby wszystko spokojnie przemyśleć i zaplanować. Nie było pośpiechu, nie musieliśmy się stresować.

Pakowanie zaczęłam już sześć tygodni przed datą przeprowadzki. Powoli, codziennie po trochu. Z rozpakowywaniem też się nie spieszę. Najważniejsze rzeczy są na swoim miejscu: łóżko, biurko, kanapa i stół. Na resztę spokojnie przyjdzie czas. Nie spieszy nam się przecież. Zostajemy tutaj na dłużej.

Teraz staram się wprowadzić rytm do dnia. Żeby cały nie kręcił się tylko wokół domu. Rano pracuję i piszę, a popołudniu robię coś w domu. Wieczory są na odpoczynek z książką.

Powoli tworzymy nasz dom. Nasze miejsce na ziemi.