Kiedyś nie lubiłam września, nie lubiłam jesieni, bo to właśnie wtedy wracało się do szkoły. A ja nie lubiłam szkoły, miejsca, w którym zawsze trzeba było odgrywać jakąś rolę, udawać kogoś innego. Szkoła i jesień zlały mi się w jedno i jakoś tak przeciągnęło mi się to do dorosłości.

Dopiero niedawno zaczęłam doceniać jesień. Chłodniejsze dni, zimne noce, piękne światło, takie jakby łamiące się. I choć nadal wrzesień nie należy do moich ulubionych miesięcy, to jesień lubię z roku z na rok coraz bardziej.

Muszę przyznać, że od września wolę październik. To wtedy świat nabiera koloru, światło staje się miękkie, wieczory coraz dłuższe, na zewnątrz robi się spokojniej, a ja wchodzę w mój ulubiony tryb domatorski. Otulam się ciepłymi swetrami, okrywam kocem i trochę zamykam przed światem. Powoli przygotowuję się do zimowego snu. Mogłabym chyba być niedźwiedziem.

Uczę się lubić wrzesień. Odczarowuję go powoli. Przestaję łączyć go z przykrym doświadczeniem szkolnych lat. Robię przetwory, planuję jesienno-zimowe miesiące, patrzę w przyszłość, a przeszłość pakuję w pudełko po butach i chowam na strychu.