W ogrodzie

Maliny i truskawki się czerwienią i zaczynam je podjadać prosto z krzaczka. Koper niedługo mnie przerośnie, choć lubczyk może być pierwszy. (Wiedzieliście, że lubczyk to wielki krzew?) Szałwia też szaleje, a ja zaczynam to towarzystwo mrozić i suszyć, bo inaczej pójdzie na zmarnowanie.

Muszę się Wam przyznać, że ja generalnie nie jadam owoców. Jakoś mi nie wchodzą. Ale takimi prosto z krzaczka to nie pogardzę. Cieszę się, że już mogę podjadać maliny, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku i jeżyny nam obrodzą.

Z drzew zostałam nam grusza i pięknie owocuje, ale na gruszki jeszcze poczekamy. Śliwę ścięliśmy, bo osy nam nie dawały żyć. Ale zasadziliśmy za to dwa figowce i jak narazie radzą sobie świetnie. Mam nadzieję, że choć jeden przetrwa zimę.

Ogród mnie fascynuje. Pomaga mi też odnaleźć spokój. W gorsze dni pielę, ogarniam, przyglądam się nowemu wzrostowi i powoli wraca we mnie spokój. Nie spodziewałam się, że ogród może być lekarstwem dla duszy.