Produktywna prokrastynacja

Prokrastynacja, czy też odkładanie na później, jest znana chyba wszystkim. Jeszcze muszę spotkać osobę, której się to nigdy nie zdarzyło. Prokrastynacja ma wiele twarzy, ostatnio bardzo popularną jest przeglądanie mediów społecznościowych i dziwienia się kiedy ten czas tak zleciał. (Przyznaję się do winy.)

Ten typ prokrastynacji jest dla nas oczywisty. Wiem, że to robimy, że odsuwamy w czasie zadanie, które wydaje nam się trudne albo takie, na które nie mamy ochoty. Często łączy się to z poczuciem winy, bo przecież mogliśmy tyle zrobić przez te dwie godziny.

Zupełnie inaczej działa produktywna prokrastynacja. Jesteśmy tak zajęci, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że właśnie odkładamy na później inne zadanie. Ten typ prokrastynacji nie wywołuje też w nas poczucia winy. Przecież tyle udało nam się zrobić.

Produktywna prokrastynacja to odkładanie w czasie wypełnione innymi ważnymi zadaniami. Sprzątaniem, płaceniem rachunków, odpisywaniem na maile, robieniem rozeznania, sprawdzaniem ważnych informacji potrzebnych nam do projektu, poszukiwaniem najlepszego sprzętu, czytaniu książek o pisaniu (to ja!) czy też artykułów o technikach malarskich.

Po załatwieniu tych spraw czujemy się dobrze. Do tego dochodzi zastrzyk dopaminy, który wywołany jest wykonaniem tych wszystkich zadań.

Przecież to wszystko musi się wydarzyć, czemu więc nie teraz, od razu, żeby było z głowy. Będzie nam łatwiej skupić się na tym ważnym projekcie jak najpierw załatwimy wszystko inne, myślimy.

To pułapka!

Te wszystkie inne sprawy nigdy się nie kończą, a produktywność to jest bycie zajętych i robienie tysiąca małych rzeczy. To praca nad ważnymi zadaniami, które pomagają nam iść dalej.

Nie ma znaczenia jak ciężko i jak dużo pracujesz, jeżeli nie robisz tego, co powinnaś robić.

Na szczęście da się nad tym zapanować.

Zacznij od zidentyfikowania najważniejszych zadań. To one przybliżają Cię do celu, dlatego najlepiej jest zaczynać pracę od nich.

Zastanów się dlaczego odkładasz te zadania na później. Może są za duże i trzeba je podzielić na mniejsze, bardziej uchwytne kroki? Takie rozbijanie dużych zadań na mniejsze daje nam też poczucie sprawczości i zastrzyk dopaminy, którym pisałam wcześniej, po wykonaniu każdego małego kroku.

Wykonuj inne zadania w przerwie, kiedy potrzebujesz oddechu. Albo jak skończysz pracę nad ważnym projektem. Możesz też przeznaczyć dzień, albo jego część, na wykonywanie małych zadań. Zaplanuj to w kalendarzu i dopisuj sobie te sprawy do listy jak przyjdą Ci do głowy.

Pracuj w blokach czasowych albo z techniką pomodoro. Zaplanuje naprzemiennie pracę nad ważnymi i małymi zadaniami.

Obserwuj świadomie swoje zachowania. Jak się przyłapiesz na produktywnej prokrastynacji, zapisz sobie co wtedy robisz i zacznij przypisywać te sprawy do listy małych zadań w kalendarzu.


Twoja przeszłość Cię nie definiuje

W październiku zeszłego roku, stojąc pośród jesiennych liści pomyślałam, że natura rozumie, że żeby się odrodzić, żeby urosnąć, trzeba zrzucić z siebie ciężar przeszłości.

Gdy chcemy ruszyć dalej, musimy zostawić przeszłość za sobą. Nie możemy się jej pozbyć, ani o niej zapomnieć, ale możemy ją zaakceptować jako część nas, pożegnać się z nią i dać jej odpocząć.

Nasza przeszłość jest częścią nas, ale nas nie określa, a już na pewno nie definiuje naszej przyszłości. Nasza przeszłość nie decyduje o tym kim możemy być i co możemy robić.

Co możesz zrobić, żeby przeszłość nie stała Ci na drodze?

Zacznij od wdzięczności za nią, podziękuj swoim korzeniom, że pomogły Ci stać się tym, kim dzisiaj jesteś. Wybacz tym, którzy nie traktowali Cię tak, jak na to zasługujesz. Podziękuj im za lekcje, które doprowadziły Cię do dzisiejszej Ciebie. Zrób to dla siebie, nie dla nich.

Jak to zrobić?

Jednym z bardzo skutecznych sposobów jest napisanie „niewysłanego listu”. To taki list, który piszesz, ale nigdy go nie wysyłasz. Możesz go napisać na luźnym papierze albo w swoim dzienniku. Możesz go potem podrzeć, spalić albo zachować sobie na przyszłość.

Napisz list do tych, którym chcesz wybaczyć. Ten list pomoże Ci zamknąć ten okres, pogodzić się z tymi doświadczeniami. Pamiętaj, że wybaczenie nie równa się odbudowywaniu relacji. Wybacz im, bo tego chcesz, bo pomoże Ci to zrobić krok naprzód.

Pisząc ten list, nie ograniczaj się. Wszystko jest dozwolone. Pamiętaj, że jesteś jedyną osobą, która ma do niego dostęp. Wyrzuć z siebie wszystko, co Ci leży na sercu, wszystko to, co chciałbyś tej osobie powiedzieć, ale nigdy tego nie zrobiłaś. Pisz to, co podpowiada Ci serce.

Drugi list, który możesz napisać, to list do Twoich korzeni. Podziękuj im za wszystko co dla Ciebie zrobiły. Za to, że trzymały Cię w pionie i za to, że dały Ci życie. Napisz wszytko, co potrzebujesz im powiedzieć. Słuchaj swojego serca.

Na koniec napisz im, że jesteś gotowa do dalszej drogi. Napisz, że o nich nie zapomnisz, ale nadszedł czas na samodzielność, na wypuszczanie własnych korzeni. Powiedz im, że będziesz do nich wracać, że się nie odcinasz, ale potrzebujesz przestrzeni, że resztę musisz zrobić sama. Podziękuj im za wsparcie.

I co teraz?

A teraz idź przed siebie. Zostaw przeszłość za sobą, niech będzie Twoją podstawą, ale niech nie ogranicza Twoich decyzji. Dąż do swojej wizji, wypuszczaj własne korzenie, pozwól im być Twoją siłą, Twoim przewodnikiem.


Odłącz się i rób swoje

Zastanawiam się jakby to było, gdybyśmy przestali myśleć o tym, co robią inni ludzie i co już było?

W dzisiejszych czasach jak mamy jakiś pomysł to prawie automatycznie przeglądamy internet w poszukiwaniu naszego pomysłu. Sprawdzamy media społecznościowe, googlujemy, zaczynamy czuć zniechęcenie, bo przecież wszystko już było.

A gdyby tak pracować i rozwijać nasze pomysły tak, jak byśmy nie mieli dostępu do tych wszystkich informacji?

Tylko pomyślcie, przez setki lat ludzie nie mieli innego wyboru. Zaczynali pisać książki, malować obrazy, tworzyć biznesy, wynajdować nowe rzeczy, tworzyć nowe teorie, nie wiedząc co się dzieje na świecie. Nie mieli pojęcia, że gdzieś po drugiej stronie globu, ktoś inny pracuje dokładnie na tym samym pomysłem.

Robili swoje, wypuszczali gotowy produkt w świat i pozwalali mu żyć własnym życiem. Jedni byli ogłaszani wielkimi odkrywcami, a innych nazwisk w ogóle nie znamy.

Weźmy teorię ewolucji. Wiedzieliście, że w tym samym czasie co Darwin pracował nad nią jeszcze jeden naukowiec? Alfred Russel Wallace stworzył teorię ewolucji w tym samym czasie co Darwin, co popchnęło Darwina do jej publikacji i właśnie dlatego jest ona przypisywana jego nazwisku.

Takich przykładów jest więcej, bo przecież nie może być tak, że tylko jedna osoba na całym świecie, ma ten jeden, wyjątkowy pomysł. Spójrzmy choćby na literaturę. Wszystkie powieści krążą wokół tych samych tematów, ale mimo wszystko każda z nich jest inna, każda pokazuje nam inny punkt widzenia.

Właśnie dlatego zastanawiam się czy to, co wielu z nas nazywa researchem, a ja nazywam szukaniem powodów do nie robienia tego, co powinniśmy, jest dobrym pomysłem.

Moim zdaniem powinniśmy sobie pozwolić na tworzenie bez porównywania, bez szukania innych kreacji z tego samego gatunku. Pozwólmy naszej wizji znaleźć swoje miejsce na świecie. Przecież nasza praca zawsze będzie wyjątkowa, bo jest nasza. Nikt nie potrafi spojrzeć na świat, tak jak robimy to my.

Gdzieś tam, w wielkim świecie, jest ktoś, kto czeka właśnie na naszą wizję, na naszą kreację, na nasze wyjątkowe spojrzenie na świat. Nie odbierajmy mu tej możliwości.



Czy Ania z Zielonego Wzgórza może zmienić życie?

Ania, moja imienniczka, dziewczynka, z którą się identyfikowałam w dzieciństwie. Odnajdywałam w sobie jej ciekawość, gadatliwość, miłość do opowieści, marzycielstwo i potrzebę poczucia wolności, ale też poczucie braku akceptacji. Chciałam nawet mieć rude włosy, bo myślałam, że dziewczynki z rudymi włosami mogą więcej.

Nadal odnajduję w sobie Anię. Moje głębokie potrzeby są wciąż takie same. Zakopałam je głęboko na długi czas i myślę, że to właśnie te próby dostosowania się do oczekiwań innych, były jednym z powodów moich stanów depresyjnych.

View this post on Instagram

I’ve just watched first episode of the third season on Anne with and E, on my hometrainer. It made me want to reread all Anne books. I loved Anne of Green Gables and all the other Anne books when I was young. My Polish editions were read to pieces. I identified with Anne (in Polish she has the same name as me), with her imagination, her curiosity, her love for stories, her need to feel free. I actually still identify with all this now at 41. This Netflix series sparked something in me, made me look at myself again, at what I want and need in life. It was always there, I’ve just put it aside for a while, buried it deep, while trying to be someone I am not. It’s done now. I’m back to being myself, living the life my way, doing the things that make me happy. I’m me again and that feels amazing. ✨ Właśnie obejrzałem pierwszy odcinek trzeciego sezonu „Ania nie Anna”. Teraz chcę znowu przeczytać wszystkie książki o Ani. Uwielbiałam „Anię z Zielonego Wzgórza” i wszystkie inne książki o Ani, gdy byłam młoda. Moje polskie wydania były wyczytane do rozpadu. Utożsamiałam się z Anią, z jej ciekawością świata, jej wyobraźnią, jej miłością do opowieści, jej potrzebą poczucia wolności. Właściwie nadal identyfikuję się z tym wszystkim w wieku 41 lat. Ta seria Netflixa coś we mnie obudziła, sprawiła, że znów spojrzałam na siebie, na to, czego chcę i potrzebuję w życiu. To zawsze tam było, odłożyłam to na chwilę, zakopałam głęboko, próbując być kimś, kim nie jestem. Ale już z tym koniec. Wracam do bycia sobą, życia po swojemu, robienia rzeczy, które mnie cieszą. Jestem znowu sobą i czuję się z tym świetnie. ✨ #anneofgreengables #annewithane #mylittlestories #favouritebookseries #favouritebooks #livingmylifemyway #myslowandsimple #storytellers #mybeautifulstories #thestoriesthatchangeus #heartfullofstories #bookstagram #igreads #bookworm #readinglife #aniazzielonegowzgórza #ulubioneksiążki #anianieanna #opowieści #bookstagrampl #igczyta #dobreksiążki #inspiracja #wolność #thegoodgram #dobreżycie #zwykłedobreżycie #mólksiążkowy #reclaimingvulnerability #kochamczytać

A post shared by Anna Maria Boland (@annamboland) on

Teraz z tym kończę, bo dzięki Ani, nie Annie, odkryłam siebie na nowo. Długo broniłam się przed tym serialem, obawiałam się, że zniszczy moje wspomnienie bojowniczki, a okazało się, że to zupełnie niepotrzebne.

Netflixową Anię zaczęłam oglądać pod koniec zeszłego roku i poczułam, że wybudzam się z długiego snu. Nie miałam pojęcia, że skrywało się we mnie jeszcze tyle nieprzepracowanych emocji. I tyle zakopanych marzeń.

To dzięki temu serialowi wszystko zaczęło się wynurzać na powierzchnię. To dzięki odnalezieniu mojej wewnętrznej Ani zaczęłam znowu wierzyć w swoje możliwości. Zrozumiałam też, że tylko żyjąc po swojemu, robiąc to, do czego rwie się moje serce, odnajdę w sobie spokój.

Czasem potrzebujemy małego bodźca, z niespodziewanego źródła, żeby przypomnieć sobie kim jesteśmy i jakie są nasze wartości. Ania zmieniła moje życie, po raz kolejny.


Od nowa, od nowa, ciągle od nowa

Nowy rok, nowe pomysły, nowe plany, nowe marzenia do spełnienia. Nie jestem fanką postanowień noworocznych, nie jestem nawet fanką noworocznych zmian. Dla mnie ten najważniejszy nowy rok zaczyna się w moje urodziny, ale tym razem miałam potrzebę odcięcia starego roku grubą kreską.

Nie odcinam się od wszystkiego, niektóre sprawy kontynuuję (coaching na przykład), ale wiele chcę zostawić za sobą, zacząć od nowa, trochę inaczej niż dotychczas. Bez presji, małymi krokami, ale jednak inaczej. W końcu nie można się spodziewać innych efektów jak ciągle robimy to samo. Mam więc plan, mam pomysły, mam wsparcie, mam swój entuzjazm i chęć do zmian.

Zaczynam więc dzisiaj, w pierwszy poniedziałek roku, pierwszy poniedziałek miesiąca, tak symbolicznie, choć zupełnie tego nie planowałam. Dopiero dzisiaj rano zdałam sobie sprawę z tego, że to wyjątkowy poniedziałek.

Ruszam z dużym projektem i kilkoma mniejszymi. Ci, co czytają mój newsletter mają już trochę pojęcie o czym mówię. Reszta z Was będzie musiała odkrywać wszystko ze mną na bieżąco.

Nieustannie zapraszam Was na mój Instagram oraz na nowe konto na Instagramie, gdzie dzielę się porannymi przemyśleniami.

Ten rok ma też należeć do bloga i mam nadzieję, bo życie bez pisania jest zupełnie bez sensu, a pisanie na blogu należy do jednych z moich większych przyjemności.

Do przeczytania więc!

Szczęśliwego Nowego Roku!


Weekend bez internetu

Ten weekend spędziłam bez internetu. Podjęłam się wyzwania Wydawnictwa W.A.B. i odłączyłam się na cały weekend od internetu. Nie tylko od mediów społecznościowych, ale od wszystkiego. W moim przypadku oznacza to, że nie mam dostępu nawet do telewizji ani gazet.

Tak wiem, że bez telewizji da się żyć, jestem tego świetnym przykładem, bo w zasadzie jej nie oglądam. I wiem też, że gazetę mogę kupić w kiosku. Chodzi mi bardziej o pokazanie skali przedsięwzięcia.

Jak było? Spokojnie. I trudno, czasami. Nie chcę mówić za dużo, bo to dopiero początek zabawy. W sumie, do 8 grudnia, muszę się odłączyć na siedem dni.

Czy te dwa dni wyglądały inaczej niż normalnie? Niezupełnie. Myślę, że w tygodniu byłoby mi trudniej. Choćby ze względu na pracę, ale również w tygodniu jestem bardziej aktywna w mediach społecznościowych.

Przyznaję szczerze, że spodziewałam się olśnień, kreatywnego wybuchu, masy pomysłów. Nic takiego się nie wydarzyło. Mam sporo przemyśleń i spostrzeżeń, ale przełomu nie było. To znaczy był, ale nie ze względu na odłączenie od internetu, tylko przez książkę, którą aktualnie czytam.

Może byłoby inaczej gdyby to było siedem dni ciurkiem? Może w następny weekend dodam sobie piątek albo poniedziałek, żeby przedłużyć ten proces i sprawdzić czy coś to zmieni. Musze się nad tym zastanowić.

Podjęlibyście się takiego wyzwania? Jeszcze możecie. Szczegóły tutaj.


O kobietach dla kobiet.

Męczy mnie retoryka, w której kobiety nie mają wyboru, w której wszystko jest im narzucane przez mężczyzn, patriarchat i inne złe moce. Obraz uciśnionej, bezwolnej kobietki do mnie nie przemawia. To nie te czasy, drogie panie! Od wielu lat mamy prawo decydowania o sobie, nie zrzucajmy więc odpowiedzialności na innych.

Już słyszę „A aborcja?!”. Tak, wiem, że w Polsce o prawie do aborcji decydują głównie mężczyźni, wiem też, że jeszcze długa droga przed nami w wielu kwestiach, ale ja dzisiaj nie o tym. Choć może jednak też o tym.

Wkurzam się jak czytam, że wygładzona na zdjęciach kobieta jest winą mężczyzn. Bo oni szukają młodszych, ładniejszych, zgrabniejszych. Albo że to patriarchat nas tak uwarunkował, a my, biedne owieczki, nie mamy wyjścia.

No do jasnej cholery! Jak to nie mamy wyjścia?! Czy ten nieszczęsny patriarchat nas siłą ciągnie do gabinetów medycyny estetycznej? A może to patriarchat rozmawia z producentem sesji o sile zastosowanego Photoshopa?

Taj, mężczyźni czasem odchodzą, zdarza się, że do młodszych. Ale wiecie co? Kobiety też.

Jeszcze się zresztą nie spotkałam z sytuacją, w której mężczyzna nie odszedł, bo kobieta się odmłodziła. Jak będzie chciał odejść to odejdzie. Gładkość naszej skóry najczęściej nie ma z tym nic wspólnego.

Jesteśmy ludźmi, mamy wolną wolę, prawo do podejmowania decyzji o własnym życiu. Inni mogą nam powiedzieć co myślą, ale decyzja zawsze należy do nas.

Powiedzmy sobie szczerze, same gotujemy sobie takie życie. Nie głosujemy, nie udzielamy się w polityce, umniejszamy sobie zwrotami #girlpower i #girlboss. Spójrzcie jeszcze raz na te zwroty, hashtagi. Pierwszy człon to dziewczyna, dziewczynka. Widziałyście, żeby mężczyźni nazywali siebie chłopcami? Jeżeli chcemy być poważnie traktowane, to powinnyśmy zacząć od siebie. To jak my o sobie mówimy, wpływa na to jak postrzega nas świat.

A wracając do aborcji i innych trudniejszych tematów, to powiedzmy sobie szczerze. Kobiety mają realny wpływ na te przepisy, tylko z niego nie korzystają.

Nie idąc do wyborów, bo „ja nie widzę kandydata dla mnie” i nie głosując na opozycję, „bo to lewica”, same gotujemy sobie ten los. Brak wyboru to też wybór.

Przestańmy się oszukiwać i szukać winnych wokół nas. Działajmy. Chcesz zmian? Głosuj, angażuj się w politykę, startuj w wyborach.

Nie oddawaj decyzji o sobie i swoim życiu w cudze ręce. Nie pozbawiaj się odpowiedzialności za siebie i własne decyzje.


Co się stało z opiniami środka?

Mam wrażenie, że wyważone opinie wyszły z mody. Teraz wszystko jest białe albo czarne. Albo jesteś z nami albo przeciwko nam. Albo stoisz po lewej albo po prawej stronie. Jesteś weganinem albo jesz mięso na kilogramy. Gdzie się podziały wyważone opinie, te które próbują zrozumieć obydwie strony. Czy jest jeszcze miejsce na bycie pośrodku?

Męczy mnie to ciągłe wykrzykiwanie innym w twarz, że są źli, że stoją po złej strony barykady, te wieczne ekstrema. A ekstremizm w każdej formie jest niszczący.

Kiedy byłam młoda, czułam się często odrzucona przez innych. Głównie dlatego, że nie chciałam wybierać tylko jednej strony, chciałam korzystać z pełni mojego otoczenia, zrozumieć wszystkich, dać każdej opinii szansę. Nadal tak mam, choć teraz odrzucenie przez grupy skrajne zupełnie mnie nie martwi. Martwi mnie wymieranie zdrowej dyskusji i szukania rozwiązań.

Krzyczenie, że inni są gorsi, bo nie stoją po naszej stronie nikomu nie pomaga. Żeby coś osiągnąć trzeba się skupić na rozwiązaniach. Te trwałe wychodzą zawsze ze środka. Bo każda strona ma swoją rację, a w tejże racji jest zawsze trochę prawdy. Jak połączymy te dwie prawdy, znajdziemy rozwiązanie. I tak, może się tak zdarzyć, że żadna ze stron nie będzie do końca zadowolona z tego rozwiązania, ale na dłuższą metę to właśnie ono będzie działać.

Weźmy przykład jedzenia / nie jedzenia mięsa. Jedna skrajna strona to weganizm, druga to mięsożercy nie wyobrażający sobie dnia bez półkilogramowego steka.

Ze strony weganizmu słyszymy, że to jedyny sposób na uratowanie naszej planety, że jedzenie mięsa i produktów odzwierzęcych to barbarzyństwo, że wszyscy muszą je odstawić już teraz natychmiast.

Mięsożercy krzyczą, że to bzdura, że przecież jesteśmy urodzonymi drapieżnikami, że jedzenia mięsa mamy we krwi, że bez mięsa nie przetrwamy.

W ten sposób nigdy nie dojdą do porozumienia. Bo wiecie, duże zmiany nie dzieją się szybko, potrzeba małych kroków w dobrym kierunku, codziennie, po trochu.

Ja twierdzę, że każdy, kto ograniczy jedzenie mięsa, będzie kupował tylko produkty odzwierzęce ekologiczne, jest na dobrej drodze.

Bo wiecie co niszczy środowisko i naszą planetę? Ogromne farmy zwierzęce. Produkowanie mięsa masowo. Mięso nie powinno być tak tanie. Mięso ekologiczne nie jest drogie, taka jest cena tego luksusowego produktu.

Tak, my ludzie, zawsze jedliśmy mięso, ale nigdy w takich ilościach. I tak masowa produkcja niszczy naszą planetę i jest barbarzyńska.

Nie ma jednak prostych rozwiązań. Weganizm też nie jest bez wad. Soja, olej palmowy, olej kokosowy, awokado, orzechy nerkowce. Poczytajcie co się dzieje na świecie (o Amazonii na pewno już wiecie, i nie, nie uprawia się tam tylko soi na paszę, również na Twoje tofu) poprzez zwiększenie zapotrzebowania na te właśnie produkty.

Myślę, że i tutaj potrzebujemy znaleźć środek, wyważoną metodę, która pozwoli nam na lepszą przyszłość.

To mówiłam ja, kobieta środka, szukająca realnych rozwiązań.


Emigracja-imigracja

Fascynuje mnie problematyka imigrancko-emigrancka z polskiej perspektywy. Wydawałoby się, że w kraju emigrantów, uchodźców powojennych i politycznych, pod niebiosa wynoszonej literatury emigranckiej, będzie więcej zrozumienia dla ludzi poszukujących lepszego życia, imigrantów.

Najbardziej ciekawi mnie rozszczepienie w postrzeganiu świata.

Polakom na emigracji należy się pomoc, wsparcie i zrozumienie. Kraj, do którego Polak łaskawie wyemigrował, powinien zrobić wszystko, żeby zapewnić mu godne życie. Przecież jest Polakiem, należy mu się (za te wszystkie cierpienia w przeszłości, za rozbiory, za Miłosza i za Skłodowską-Curie). Polaka nie oburza społeczność polonijna, w której większość osób nie mówi ani słowa w lokalnym języku. Przecież nie muszą. Żyją wśród swoich, jest dobrze.

Ten obraz zmienia się całkowicie kiedy Polak jest w Polsce, do której przyjeżdżają „obcy”. Imigrant to wróg, pomoc mu się nie należy, przecież nikt nie kazał mu tu przyjeżdżać. Nie mówi po polsku? Jego problem. W Polsce mówimy po polsku, niech się nauczy. A najlepiej jak będzie mówił po polsku zaraz po przekroczeniu progu samolotu. Choć tak naprawdę najlepiej to by było gdyby do tego samolotu w ogóle nie wsiadał. Po co tu przyjeżdża? Zepsuć naszą kulturę? Na pewno ma złe zamiary.

Gdyby Polak-emigrant był traktowany tak, jak Polacy traktują imigrantów w Polsce, wywołałoby to narodowe oburzenie. Pewnie pochyliłby się nad tym rząd, ambasada zostałaby wysłana na misję dyplomatyczną w obronie praw Polaka-emigranta. Polak-emigrant płakałby na mediach społecznościowych albo w telewizji śniadaniowej. Przecież jemu jest tak ciężko na tej okrutnej o b c z y ź n i e, on tak bardzo tęskni za ojczyzną, chciał tylko lepszego życia. Dlaczego go tutaj tak źle traktują?

Polakom wydaje się, że należy im się lepsze traktowanie. Skąd to przeświadczenie o własnej wyższości? Czym różni się polski emigrant od syryjskiego czy ukraińskiego?

Trudno jest mi to zrozumieć. Trudno jest mi, emigrantce, patrzeć na polskie podejście do innego człowieka. Trudno jest mi zaakceptować zewsząd ziejącą nienawiść do ludzi, którzy musieli opuścić swój kraj w poszukiwaniu normalnego, godnego życia.

View this post on Instagram

Muszę to napisać tutaj, bo może będzie miało to realny skutek, niż gdybym miał pisać list do dyrekcji USC M. St. Warszawy. Otóż z powodu spraw związanych ze śmiercią mojej przyjaciółki bywam tam teraz często i zawsze widuję cudzoziemców. Wczoraj zagubiona dziewczyna o azjatyckim wyglądzie trafiła do nie tego okienka co trzeba. „Musi pani nacisnąć numerek T” – mówiła jej urzędniczka. Dziewczyna – nic. „Te, te, numerek te…”. Dziewczyna siedziała jak zamurowana. „Numerek te nacisnąć, inne okieeenkooo”. Chyba z tembru głosu się zorientowała, że nic nie załatwi. Wstała i zdezorientowanym wzrokiem omiatała urząd. Nie znam angielskiego, ale mam charakter, więc podszedłem i mówię: „Press ticket ti”, choć może powinienem powiedzieć „bottom” (bo to guzik, nie? 😆), zamiast ticket. I pokazałem jej automat z numerkami. Jaka była szczęśliwa! Nic nie odbierze mi jej uśmiechu. Oczywiście urzędnicy w okienkach „T” mówią po angielsku i w ogóle podkreślam, że obsługa tego urzędu jest bardzo pomocna. Tyle, że cudzoziemcy są zagubieni. Zawsze tworzą kolejkę do automatu z numerkami, bo… teksty w nim są tylko po polsku. Jak mają się odnaleźć między „złożeniem wniosku o wydanie aktu” a „odebraniem aktu”? Wczoraj trzyosobowa rodzina czarnoskórych mieszkańców naszego kraju już miała trzy różne numerki a palce ojca jeszcze podróżowały po ekranie, nie będąc pewnymi celu. A wyobraźcie sobie, że cudzoziemców dotyczy wyłącznie przycisk „T” – sprawy osób zza granicy. Tyle, że napis nie jest po angielsku, a wyłącznie po polsku! Postuluję wpisanie drugiego lub zastąpienie istniejącego. Bo mógłbym stać tam nawet jako wolontariusz, ale znam po angielsku tylko dziesięć słów. 🤗 Żebyście nie pytali tu zaraz jakich dziesięć, od razu powiem: To zależy od sytuacji. #polska #warszawa @miasto_warszawa

A post shared by Mariusz Szczygieł (@szczygiel_mariusz) on

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie powyższy post Mariusza Szczygła, a dokładniej komentarze pod nim. Nie wiem czy te komentarze tam jeszcze są, ale wklejam też moją reakcję, żebyście mieli pogląd na to co mnie oburzyło.



Wiesz, że mam kurs online? Może Iskra jest dla Ciebie albo znasz kogoś, komu ten kurs mógłby się przydać?

Widoczność a bycie sobą

Spędzam kilka cudownych, spokojnych dni w przepięknym Peak District i choć bardzo chcę się oderwać od codzienności, to nic mi z tego nie wychodzi. Codziennie myślę o widoczności mojego biznesu, o mojej coachingowej przyszłości, o pisaniu i, najważniejsze, jak to robić będąc sobą.

Wiem, że jestem dobrym coachem, wiem, że mogę pomóc wielu ludziom, ale nie wiem jak to zrobić, żeby Ci ludzie się o mnie dowiedzieli. To znaczy wiem, ale nie mogę przełamać wewnętrznego oporu.

Nie lubię krzykliwego marketingu, nie pasuje do mnie ogłaszanie wszem i wobec jaka jestem świetna. Jednak chcę pomagać innym, chcę być widoczna, chcę też zarabiać i sprzedawać.

Muszę znaleźć w tym siebie, swoją drogę, ale jednocześnie muszę przełamać pewne opory. Mam problem z pokazywaniem siebie, z mówieniem do kamery (na przykład na Instastories), z powtarzaniem „mam produkt taki i taki, kupisz?”. Wiem, że to ważne, że jak chcę czegoś dokonać, to muszę się przebić przez wstyd i kompleksy, przez warstwę ochronną.

Miałam kilka dni załamania, tupałam nóżkami, biadoliłam, że się nie nadaję, aż wreszcie trochę sobie popłakałam. Nie byłabym jednak sobą gdybym na koniec nie zaczęłam myśleć o rozwiązaniach. Poszukałam więc pomocy, zapisałam się na dwa kursy do dwóch coachów, których pracę i sposób bycia widoczną bardzo szanuję i będę się uczyć, próbować, eksperymentować. Jeśli obserwujesz mnie na Instagramie, to już niedługo zauważysz tam pierwsze próby. Muszę przyznać, że mam nadzieję na małe wsparcie.

Bycie sobą to czasem najtrudniejsze zadanie, szczególnie w dobie mediów społecznościowych i ciągłej możliwości porównywania się do innych, odnoszących sukces osób. Mimo wszystko mam w sobie wystarczająco dużo zaparcia, żeby robić swoje, po mojemu, być sobą, bo nikt inny mną być nie może.

Jak mówią mądrzy ludzie, zawsze jest gdzieś ktoś, kto czeka właśnie na ciebie. I tego się będę trzymać.