Quiet mornings

It doesn’t happen very often that I wake up with an empty head. No thoughts, nothing pressing on my brain. It feels weird, even though I know it’s good. It means that my dreams were not too busy nor too realistic. It means that I had a good night sleep and wasn’t lying awake for hours. So you see, empty head is good, and I wish it happened more often.

Anyway, today I woke up and enjoyed the warmth of my bed and the quiet around me. For a moment there were no cars passing, no children screaming, no dogs barking. Nothing was happening. It was amazing how the surroundings seemed to adapt to the stillness in my head.

I like quiet mornings, but that’s not something easy to achieve when living in a city. Most mornings, the square we live on is busy. People are getting to work, hustling their children to school, walking their dogs and getting impatient. There’s the occasional truck passing or an angry dog barking.

That’s why I enjoy this rare stillness. I don’t like the noise, the bustling city life. I’m ready to move. To change my surroundings, to wake up and listen to nothingness of sounds.

I’m curious, are you a city person yourself? Or, maybe, just like me, you prefer the quiet, the sounds of nature above all?

Od nowa, od nowa, ciągle od nowa

Nowy rok, nowe pomysły, nowe plany, nowe marzenia do spełnienia. Nie jestem fanką postanowień noworocznych, nie jestem nawet fanką noworocznych zmian. Dla mnie ten najważniejszy nowy rok zaczyna się w moje urodziny, ale tym razem miałam potrzebę odcięcia starego roku grubą kreską.

Nie odcinam się od wszystkiego, niektóre sprawy kontynuuję (coaching na przykład), ale wiele chcę zostawić za sobą, zacząć od nowa, trochę inaczej niż dotychczas. Bez presji, małymi krokami, ale jednak inaczej. W końcu nie można się spodziewać innych efektów jak ciągle robimy to samo. Mam więc plan, mam pomysły, mam wsparcie, mam swój entuzjazm i chęć do zmian.

Zaczynam więc dzisiaj, w pierwszy poniedziałek roku, pierwszy poniedziałek miesiąca, tak symbolicznie, choć zupełnie tego nie planowałam. Dopiero dzisiaj rano zdałam sobie sprawę z tego, że to wyjątkowy poniedziałek.

Ruszam z dużym projektem i kilkoma mniejszymi. Ci, co czytają mój newsletter mają już trochę pojęcie o czym mówię. Reszta z Was będzie musiała odkrywać wszystko ze mną na bieżąco.

Nieustannie zapraszam Was na mój Instagram oraz na nowe konto na Instagramie, gdzie dzielę się porannymi przemyśleniami.

Ten rok ma też należeć do bloga i mam nadzieję, bo życie bez pisania jest zupełnie bez sensu, a pisanie na blogu należy do jednych z moich większych przyjemności.

Do przeczytania więc!

Szczęśliwego Nowego Roku!


Weekend bez internetu

Ten weekend spędziłam bez internetu. Podjęłam się wyzwania Wydawnictwa W.A.B. i odłączyłam się na cały weekend od internetu. Nie tylko od mediów społecznościowych, ale od wszystkiego. W moim przypadku oznacza to, że nie mam dostępu nawet do telewizji ani gazet.

Tak wiem, że bez telewizji da się żyć, jestem tego świetnym przykładem, bo w zasadzie jej nie oglądam. I wiem też, że gazetę mogę kupić w kiosku. Chodzi mi bardziej o pokazanie skali przedsięwzięcia.

Jak było? Spokojnie. I trudno, czasami. Nie chcę mówić za dużo, bo to dopiero początek zabawy. W sumie, do 8 grudnia, muszę się odłączyć na siedem dni.

Czy te dwa dni wyglądały inaczej niż normalnie? Niezupełnie. Myślę, że w tygodniu byłoby mi trudniej. Choćby ze względu na pracę, ale również w tygodniu jestem bardziej aktywna w mediach społecznościowych.

Przyznaję szczerze, że spodziewałam się olśnień, kreatywnego wybuchu, masy pomysłów. Nic takiego się nie wydarzyło. Mam sporo przemyśleń i spostrzeżeń, ale przełomu nie było. To znaczy był, ale nie ze względu na odłączenie od internetu, tylko przez książkę, którą aktualnie czytam.

Może byłoby inaczej gdyby to było siedem dni ciurkiem? Może w następny weekend dodam sobie piątek albo poniedziałek, żeby przedłużyć ten proces i sprawdzić czy coś to zmieni. Musze się nad tym zastanowić.

Podjęlibyście się takiego wyzwania? Jeszcze możecie. Szczegóły tutaj.


O kobietach dla kobiet.

Męczy mnie retoryka, w której kobiety nie mają wyboru, w której wszystko jest im narzucane przez mężczyzn, patriarchat i inne złe moce. Obraz uciśnionej, bezwolnej kobietki do mnie nie przemawia. To nie te czasy, drogie panie! Od wielu lat mamy prawo decydowania o sobie, nie zrzucajmy więc odpowiedzialności na innych.

Już słyszę „A aborcja?!”. Tak, wiem, że w Polsce o prawie do aborcji decydują głównie mężczyźni, wiem też, że jeszcze długa droga przed nami w wielu kwestiach, ale ja dzisiaj nie o tym. Choć może jednak też o tym.

Wkurzam się jak czytam, że wygładzona na zdjęciach kobieta jest winą mężczyzn. Bo oni szukają młodszych, ładniejszych, zgrabniejszych. Albo że to patriarchat nas tak uwarunkował, a my, biedne owieczki, nie mamy wyjścia.

No do jasnej cholery! Jak to nie mamy wyjścia?! Czy ten nieszczęsny patriarchat nas siłą ciągnie do gabinetów medycyny estetycznej? A może to patriarchat rozmawia z producentem sesji o sile zastosowanego Photoshopa?

Taj, mężczyźni czasem odchodzą, zdarza się, że do młodszych. Ale wiecie co? Kobiety też.

Jeszcze się zresztą nie spotkałam z sytuacją, w której mężczyzna nie odszedł, bo kobieta się odmłodziła. Jak będzie chciał odejść to odejdzie. Gładkość naszej skóry najczęściej nie ma z tym nic wspólnego.

Jesteśmy ludźmi, mamy wolną wolę, prawo do podejmowania decyzji o własnym życiu. Inni mogą nam powiedzieć co myślą, ale decyzja zawsze należy do nas.

Powiedzmy sobie szczerze, same gotujemy sobie takie życie. Nie głosujemy, nie udzielamy się w polityce, umniejszamy sobie zwrotami #girlpower i #girlboss. Spójrzcie jeszcze raz na te zwroty, hashtagi. Pierwszy człon to dziewczyna, dziewczynka. Widziałyście, żeby mężczyźni nazywali siebie chłopcami? Jeżeli chcemy być poważnie traktowane, to powinnyśmy zacząć od siebie. To jak my o sobie mówimy, wpływa na to jak postrzega nas świat.

A wracając do aborcji i innych trudniejszych tematów, to powiedzmy sobie szczerze. Kobiety mają realny wpływ na te przepisy, tylko z niego nie korzystają.

Nie idąc do wyborów, bo „ja nie widzę kandydata dla mnie” i nie głosując na opozycję, „bo to lewica”, same gotujemy sobie ten los. Brak wyboru to też wybór.

Przestańmy się oszukiwać i szukać winnych wokół nas. Działajmy. Chcesz zmian? Głosuj, angażuj się w politykę, startuj w wyborach.

Nie oddawaj decyzji o sobie i swoim życiu w cudze ręce. Nie pozbawiaj się odpowiedzialności za siebie i własne decyzje.


Co się stało z opiniami środka?

Mam wrażenie, że wyważone opinie wyszły z mody. Teraz wszystko jest białe albo czarne. Albo jesteś z nami albo przeciwko nam. Albo stoisz po lewej albo po prawej stronie. Jesteś weganinem albo jesz mięso na kilogramy. Gdzie się podziały wyważone opinie, te które próbują zrozumieć obydwie strony. Czy jest jeszcze miejsce na bycie pośrodku?

Męczy mnie to ciągłe wykrzykiwanie innym w twarz, że są źli, że stoją po złej strony barykady, te wieczne ekstrema. A ekstremizm w każdej formie jest niszczący.

Kiedy byłam młoda, czułam się często odrzucona przez innych. Głównie dlatego, że nie chciałam wybierać tylko jednej strony, chciałam korzystać z pełni mojego otoczenia, zrozumieć wszystkich, dać każdej opinii szansę. Nadal tak mam, choć teraz odrzucenie przez grupy skrajne zupełnie mnie nie martwi. Martwi mnie wymieranie zdrowej dyskusji i szukania rozwiązań.

Krzyczenie, że inni są gorsi, bo nie stoją po naszej stronie nikomu nie pomaga. Żeby coś osiągnąć trzeba się skupić na rozwiązaniach. Te trwałe wychodzą zawsze ze środka. Bo każda strona ma swoją rację, a w tejże racji jest zawsze trochę prawdy. Jak połączymy te dwie prawdy, znajdziemy rozwiązanie. I tak, może się tak zdarzyć, że żadna ze stron nie będzie do końca zadowolona z tego rozwiązania, ale na dłuższą metę to właśnie ono będzie działać.

Weźmy przykład jedzenia / nie jedzenia mięsa. Jedna skrajna strona to weganizm, druga to mięsożercy nie wyobrażający sobie dnia bez półkilogramowego steka.

Ze strony weganizmu słyszymy, że to jedyny sposób na uratowanie naszej planety, że jedzenie mięsa i produktów odzwierzęcych to barbarzyństwo, że wszyscy muszą je odstawić już teraz natychmiast.

Mięsożercy krzyczą, że to bzdura, że przecież jesteśmy urodzonymi drapieżnikami, że jedzenia mięsa mamy we krwi, że bez mięsa nie przetrwamy.

W ten sposób nigdy nie dojdą do porozumienia. Bo wiecie, duże zmiany nie dzieją się szybko, potrzeba małych kroków w dobrym kierunku, codziennie, po trochu.

Ja twierdzę, że każdy, kto ograniczy jedzenie mięsa, będzie kupował tylko produkty odzwierzęce ekologiczne, jest na dobrej drodze.

Bo wiecie co niszczy środowisko i naszą planetę? Ogromne farmy zwierzęce. Produkowanie mięsa masowo. Mięso nie powinno być tak tanie. Mięso ekologiczne nie jest drogie, taka jest cena tego luksusowego produktu.

Tak, my ludzie, zawsze jedliśmy mięso, ale nigdy w takich ilościach. I tak masowa produkcja niszczy naszą planetę i jest barbarzyńska.

Nie ma jednak prostych rozwiązań. Weganizm też nie jest bez wad. Soja, olej palmowy, olej kokosowy, awokado, orzechy nerkowce. Poczytajcie co się dzieje na świecie (o Amazonii na pewno już wiecie, i nie, nie uprawia się tam tylko soi na paszę, również na Twoje tofu) poprzez zwiększenie zapotrzebowania na te właśnie produkty.

Myślę, że i tutaj potrzebujemy znaleźć środek, wyważoną metodę, która pozwoli nam na lepszą przyszłość.

To mówiłam ja, kobieta środka, szukająca realnych rozwiązań.


Emigracja-imigracja

Fascynuje mnie problematyka imigrancko-emigrancka z polskiej perspektywy. Wydawałoby się, że w kraju emigrantów, uchodźców powojennych i politycznych, pod niebiosa wynoszonej literatury emigranckiej, będzie więcej zrozumienia dla ludzi poszukujących lepszego życia, imigrantów.

Najbardziej ciekawi mnie rozszczepienie w postrzeganiu świata.

Polakom na emigracji należy się pomoc, wsparcie i zrozumienie. Kraj, do którego Polak łaskawie wyemigrował, powinien zrobić wszystko, żeby zapewnić mu godne życie. Przecież jest Polakiem, należy mu się (za te wszystkie cierpienia w przeszłości, za rozbiory, za Miłosza i za Skłodowską-Curie). Polaka nie oburza społeczność polonijna, w której większość osób nie mówi ani słowa w lokalnym języku. Przecież nie muszą. Żyją wśród swoich, jest dobrze.

Ten obraz zmienia się całkowicie kiedy Polak jest w Polsce, do której przyjeżdżają „obcy”. Imigrant to wróg, pomoc mu się nie należy, przecież nikt nie kazał mu tu przyjeżdżać. Nie mówi po polsku? Jego problem. W Polsce mówimy po polsku, niech się nauczy. A najlepiej jak będzie mówił po polsku zaraz po przekroczeniu progu samolotu. Choć tak naprawdę najlepiej to by było gdyby do tego samolotu w ogóle nie wsiadał. Po co tu przyjeżdża? Zepsuć naszą kulturę? Na pewno ma złe zamiary.

Gdyby Polak-emigrant był traktowany tak, jak Polacy traktują imigrantów w Polsce, wywołałoby to narodowe oburzenie. Pewnie pochyliłby się nad tym rząd, ambasada zostałaby wysłana na misję dyplomatyczną w obronie praw Polaka-emigranta. Polak-emigrant płakałby na mediach społecznościowych albo w telewizji śniadaniowej. Przecież jemu jest tak ciężko na tej okrutnej o b c z y ź n i e, on tak bardzo tęskni za ojczyzną, chciał tylko lepszego życia. Dlaczego go tutaj tak źle traktują?

Polakom wydaje się, że należy im się lepsze traktowanie. Skąd to przeświadczenie o własnej wyższości? Czym różni się polski emigrant od syryjskiego czy ukraińskiego?

Trudno jest mi to zrozumieć. Trudno jest mi, emigrantce, patrzeć na polskie podejście do innego człowieka. Trudno jest mi zaakceptować zewsząd ziejącą nienawiść do ludzi, którzy musieli opuścić swój kraj w poszukiwaniu normalnego, godnego życia.

View this post on Instagram

Muszę to napisać tutaj, bo może będzie miało to realny skutek, niż gdybym miał pisać list do dyrekcji USC M. St. Warszawy. Otóż z powodu spraw związanych ze śmiercią mojej przyjaciółki bywam tam teraz często i zawsze widuję cudzoziemców. Wczoraj zagubiona dziewczyna o azjatyckim wyglądzie trafiła do nie tego okienka co trzeba. „Musi pani nacisnąć numerek T” – mówiła jej urzędniczka. Dziewczyna – nic. „Te, te, numerek te…”. Dziewczyna siedziała jak zamurowana. „Numerek te nacisnąć, inne okieeenkooo”. Chyba z tembru głosu się zorientowała, że nic nie załatwi. Wstała i zdezorientowanym wzrokiem omiatała urząd. Nie znam angielskiego, ale mam charakter, więc podszedłem i mówię: „Press ticket ti”, choć może powinienem powiedzieć „bottom” (bo to guzik, nie? 😆), zamiast ticket. I pokazałem jej automat z numerkami. Jaka była szczęśliwa! Nic nie odbierze mi jej uśmiechu. Oczywiście urzędnicy w okienkach „T” mówią po angielsku i w ogóle podkreślam, że obsługa tego urzędu jest bardzo pomocna. Tyle, że cudzoziemcy są zagubieni. Zawsze tworzą kolejkę do automatu z numerkami, bo… teksty w nim są tylko po polsku. Jak mają się odnaleźć między „złożeniem wniosku o wydanie aktu” a „odebraniem aktu”? Wczoraj trzyosobowa rodzina czarnoskórych mieszkańców naszego kraju już miała trzy różne numerki a palce ojca jeszcze podróżowały po ekranie, nie będąc pewnymi celu. A wyobraźcie sobie, że cudzoziemców dotyczy wyłącznie przycisk „T” – sprawy osób zza granicy. Tyle, że napis nie jest po angielsku, a wyłącznie po polsku! Postuluję wpisanie drugiego lub zastąpienie istniejącego. Bo mógłbym stać tam nawet jako wolontariusz, ale znam po angielsku tylko dziesięć słów. 🤗 Żebyście nie pytali tu zaraz jakich dziesięć, od razu powiem: To zależy od sytuacji. #polska #warszawa @miasto_warszawa

A post shared by Mariusz Szczygieł (@szczygiel_mariusz) on

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie powyższy post Mariusza Szczygła, a dokładniej komentarze pod nim. Nie wiem czy te komentarze tam jeszcze są, ale wklejam też moją reakcję, żebyście mieli pogląd na to co mnie oburzyło.



Wiesz, że mam kurs online? Może Iskra jest dla Ciebie albo znasz kogoś, komu ten kurs mógłby się przydać?

Widoczność a bycie sobą

Spędzam kilka cudownych, spokojnych dni w przepięknym Peak District i choć bardzo chcę się oderwać od codzienności, to nic mi z tego nie wychodzi. Codziennie myślę o widoczności mojego biznesu, o mojej coachingowej przyszłości, o pisaniu i, najważniejsze, jak to robić będąc sobą.

Wiem, że jestem dobrym coachem, wiem, że mogę pomóc wielu ludziom, ale nie wiem jak to zrobić, żeby Ci ludzie się o mnie dowiedzieli. To znaczy wiem, ale nie mogę przełamać wewnętrznego oporu.

Nie lubię krzykliwego marketingu, nie pasuje do mnie ogłaszanie wszem i wobec jaka jestem świetna. Jednak chcę pomagać innym, chcę być widoczna, chcę też zarabiać i sprzedawać.

Muszę znaleźć w tym siebie, swoją drogę, ale jednocześnie muszę przełamać pewne opory. Mam problem z pokazywaniem siebie, z mówieniem do kamery (na przykład na Instastories), z powtarzaniem „mam produkt taki i taki, kupisz?”. Wiem, że to ważne, że jak chcę czegoś dokonać, to muszę się przebić przez wstyd i kompleksy, przez warstwę ochronną.

Miałam kilka dni załamania, tupałam nóżkami, biadoliłam, że się nie nadaję, aż wreszcie trochę sobie popłakałam. Nie byłabym jednak sobą gdybym na koniec nie zaczęłam myśleć o rozwiązaniach. Poszukałam więc pomocy, zapisałam się na dwa kursy do dwóch coachów, których pracę i sposób bycia widoczną bardzo szanuję i będę się uczyć, próbować, eksperymentować. Jeśli obserwujesz mnie na Instagramie, to już niedługo zauważysz tam pierwsze próby. Muszę przyznać, że mam nadzieję na małe wsparcie.

Bycie sobą to czasem najtrudniejsze zadanie, szczególnie w dobie mediów społecznościowych i ciągłej możliwości porównywania się do innych, odnoszących sukces osób. Mimo wszystko mam w sobie wystarczająco dużo zaparcia, żeby robić swoje, po mojemu, być sobą, bo nikt inny mną być nie może.

Jak mówią mądrzy ludzie, zawsze jest gdzieś ktoś, kto czeka właśnie na ciebie. I tego się będę trzymać.


Schaamte en zichtbaarheid

Een paar dagen geleden heb een crisis gehad. Niets ernstig, maar het heeft wel een paar dagen geduurd. Ik heb moeite met adverteren van mijn eigen diensten, met en plein public praten over mijn werk, over wat ik doe. Ik vind het moeilijk om mezelf te prijzen.

Ik weet dat als ik klanten wil vinden dan moet ik zichtbaar worden, maar ik heb last van een paar onzekerheden. Een daarvan, en een hele grote ook, is mijn accent. Ik spreek goed Nederlands, maar ik spreek het met accent. En ik schaam me daar een beetje voor.

Toen ik naar Nederland kwam en de taal geleerd heb ben ik op zoek gegaan naar een baan. Het liefst in luchtvaart, want daar kwam ik vandaan, maar ik zocht ook op andere plekken. En zo ben ik op meerdere bannen afgewezen op mijn afkomst en op mijn accent. Ik werd zelfs niet op sollicitatiegesprekken uitgenodigd omdat ik met accent pratte en dat was onacceptabel.

Het is al jaren geleden gebeurd, maar ik heb nog steeds moeite met in het Nederlands spreken voor een groep mensen. Ik durf niet op mijn Instastories iets te vertellen, ik ben altijd bang dat niemand mij serieus gaat nemen door mijn accent.

En ik heb zo veel te delen. Ik wil zichtbaar zijn met mijn diensten. Ik ben uitstekend in wat ik doe en ik wil anderen kunnen helpen.

Mijn schaamte is mij aangepraat, maar het is heel groot geworden. Als het om publiek spreken gaat praat liever Engels, en ik spreek het ook met een accent, dan Nederlands. Ik weet dat ik hier vanaf moet. Dat ik mijn afkomst en accent voor me kan laten werken, dat ik me daardoor kan onderscheiden. Ik weet het, maar ik voel het niet. Ik zie nog niet hoe ik dat kan doen.

Mijn angst om afgewezen te worden, om beoordeeld te worden op basis van iets waar ik geen invloed op heb is heel groot. Maar misschien is mijn angst om weer voor een baas te gaan werken groter en kan ik dat als motivatie gebruiken. Ik hoop het.

Ik heb geen antwoorden, geen oplossingen nog. Er wordt aan gewerkt.


Nazywajmy rzeczy po imieniu, czyli o nienawiści słów kilka.

Nienawiść – definicja Słownika Języka Polskiego PWN:

«uczucie silnej niechęci, wrogości do kogoś lub do czegoś» «uczucie silnej niechęci, wrogości do kogoś lub do czegoś»

W zeszłym tygodniu oglądałam stories Nicole @mamaginekolog i wściekałam się na świat. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni. To co mnie uderzyło najbardziej to słownictwo. Nicole mówiła o „hejcie”, a ja nie potrafię się przekonać do tego słowa w języku polskim*. Wiecie dlaczego? Bo „hejt” umniejsza czyn, którym jest nienawiść. Czujecie to?

Nicole opowiadała, że ktoś ją „hejtował”, bo nie odpisała mu na wiadomość. Pomijam fakt, że ona ma tylu obserwujących, że jest to fizycznie niemożliwe, żeby odpowiadała na każdą wiadomość. Bardziej frapuje mnie fakt, że nadal są na tym świecie ludzie, którzy uważają, że inni są tylko po to, żeby spełniać ich oczekiwania. A skoro tego nie robią, to można wylać na nich wiadro pomyj. Bo są zawiedzeni, bo oczekiwali czegoś innego.
Zapamiętajcie sobie, że Wasze oczekiwania nie są czyimiś obietnicami.

Dwie osoby przyznały się Nicole to „hejtowania”, bo jej nie lubiły. Serio? Miały 5 lat? Od razu zobaczyłam dzieci, które krzyczą „jesteś głupia, brzydka i nikt cię nie lubi!”. No do jasnej cholery! Nicole nadała temu pozytywny ton, że to dobrze widzieć, że ludzie mogą się zmienić, że nawet „hejterzy” mogą zmienić zdanie. Ja nie mam tak pozytywnego obrazu. Myślę, że te osoby znalazły sobie nową ofiarę.

Nie rozumiem nienawiści, nie rozumiem też przemocy, a nienawiść w internecie jest przemocą werbalną. Nie rozumiem i nie chcę zrozumieć, bo zrozumienie oznaczałoby akceptację.

Nie bójmy się nazywać nienawiści po imieniu. Nie umniejszajmy jej znaczeniu poprzez używanie słowa „hejt”. Sprawdźcie to sobie, powiedzcie głośno „ktoś mnie hejtuje” i „ktoś mnie nienawidzi”. Czujecie różnicę?

*Uwaga! Nie są to wyrzuty do Nicole, tylko obserwacja. Nie tylko ona używa słowa “hejt”, ale w tym przypadku mnie to bardzo poruszyło.

Over creëren van je eigen realiteit.

Ik ben het geklaag op Instagram soms zat. “Het algoritme mag me niet, alles is zo nep, het geeft mij een schuldgevoel en het zorgt voor dat mijn complexen naar boven komen. De hele wereld (in dit geval de hele Instawereld) is schuldig aan mijn slecht gevoel en het is de schuld van deze wereld dat mijn leven klote is.” En ik vraag me af, wat is er met de verantwoordelijkheid voor eigen leven en eigen realiteit gebeurd?

Instagram zorgt bij mij niet voor het deprimerend gevoel, het is de bron van inspiratie en het geeft mij de energie om meer te doen, om bezig te zijn waar ik mee bezig ben. Het geeft mij een positief gevoel van mogelijkheden. Ik volg ook mensen die mijn dit gevoel bezorgen. En als een account niet meer goed voor mij is, zonder enige moeite druk ik op “unfollow”. Sociale media zijn er voor ons en we kunnen deze zelf creëren. Zelfs het algoritme wordt door ons gedrag gestuurd. Het is niet de kwade computer die ons leven verpest, dat zijn we zelf.

Ik begon ook na te denken over hoe het in mijn leven gaat, buiten Instagram, met het creëren van eigen realiteit. En ik moet toegeven dat het niet zo goed eruitziet. Ik vergelijk me vaker met anderen en denk snel dat ik iets niet kan. Ik heb daaraan tijdens mijn therapie gewerkt, maar het is nog niet klaar. Ik ben nog ver van mijn ideaal.

Ik begrijp mezelf en mijn behoeftes steeds beter. Ik weet wat ik wil doen, hoewel ik nog niet helemaal weet hoe ik het zal bereiken. Steeds minder vaak zoek in naar “de weg” of “de manier” en vertrouw op mezelf, ik weet dat er voor mij maar een goede manier is. De mijne.

Ik leg de schuld voor mijn falen niet bij de wereld. Ik zoek naar de oplossingen in mezelf. Ik identificeer de blokkades en onzekerheden, ik controleer uit welke overtuigingen deze stammen en werk aan verandering. Meeste onzekerheden zijn iets wat ik mezelf vertel. Een verhaal dat in mijn hoofd draait. En als dat mijn eigen gedachten zijn dat kan ik deze veranderen. Niet waar?