Pierwsze parę dni wyjazdowych tego urlopu spędziłam na torze kolarskim, wspierając szanownego małżonka podczas wyścigów. Nie byle jakich, bo mistrzostw świata w klasie masters, 35 lat i starsi. I to głównie obserwowanie tych starszych mocno mnie poruszyło. Niektórzy ledwo wdrapują się na rower, inni siedzą tak wysoko nad kierownicą, że spowalnia ich sam przepływ powietrza, jeszcze inni sprawiają wrażenie, że są tam tylko i wyłącznie w celach towarzyskich, a jazda na rowerze to po prostu dodatek.
Siedząc w samym środku toru kolarskiego, już dziesięć lat, zawsze myślę o tym samym. O świętowaniu życia, o tym jak ci kolarze, zawodnicy, cieszą się tym, że tam są, że nadal mogą wsiąść na rower i pedałować po drewnianych owalu. I nawet ci młodsi, skupieni na rozgrzewce i wydawałoby się myślący tylko o wygranej, tak naprawdę świętują. Bo co roku kogoś brakuje, jakieś nazwisko nie pojawia się na liście startowej. Jeden z ponad osiemdziesięcioletnich Liverpoolczyków powiedział mi, że z jego kolarskich znajomych został już sam. I nie dlatego, że innym się już nie chce.
To poważne zawody, a jednak jest tam też śmiech, pomaganie sobie wzajemnie i wdzięczność za to, że możemy tam być. Ale też jest coś, co mi często umyka, cieszenie się procesem. Procesem przygotowań, treningiem, wieloma godzinami spędzonymi na rowerze, w przygotowaniu do tego tygodnia. Rozmowy o planach treningowych słychać częściej niż te o wynikach, o wygranych i przegranych.
Lubimy skupiać się na celu, a czasem zapominamy o procesie dążenia do niego. Przynajmniej ja tak mam. Może nie zapominam, ale przez ciągłe myślenie o końcu, nie potrafię się nim cieszyć, a czasem nawet w niego nie wchodzę, bo cel wydaje mi się niemożliwy do osiągnięcia. A przecież to droga powinna być najważniejsza, a nie jej koniec. Cel może się zmienić, wyglądać inaczej niż myślałam, a droga, kolejne kroki, które stawiam, zależy tylko ode mnie.
Te dni na torze przypominają mi o tym, że nie zawsze możemy przewidzieć wyniki naszej pracy, ale wkładając wszystko co możemy w proces, nie będziemy przegranymi bez względu na rezultat. I jeszcze tak sobie myślę, że każda praca ku jakiemuś celowi to świętowanie życia w czystej postaci. Przecież nic pokazuje tego bardziej niż nadzieja, na jakąś przyszłość, na osiągnięcie celu.