Wrześniowo

Kiedyś nie lubiłam września, nie lubiłam jesieni, bo to właśnie wtedy wracało się do szkoły. A ja nie lubiłam szkoły, miejsca, w którym zawsze trzeba było odgrywać jakąś rolę, udawać kogoś innego. Szkoła i jesień zlały mi się w jedno i jakoś tak przeciągnęło mi się to do dorosłości.

Dopiero niedawno zaczęłam doceniać jesień. Chłodniejsze dni, zimne noce, piękne światło, takie jakby łamiące się. I choć nadal wrzesień nie należy do moich ulubionych miesięcy, to jesień lubię z roku z na rok coraz bardziej.

Muszę przyznać, że od września wolę październik. To wtedy świat nabiera koloru, światło staje się miękkie, wieczory coraz dłuższe, na zewnątrz robi się spokojniej, a ja wchodzę w mój ulubiony tryb domatorski. Otulam się ciepłymi swetrami, okrywam kocem i trochę zamykam przed światem. Powoli przygotowuję się do zimowego snu. Mogłabym chyba być niedźwiedziem.

Uczę się lubić wrzesień. Odczarowuję go powoli. Przestaję łączyć go z przykrym doświadczeniem szkolnych lat. Robię przetwory, planuję jesienno-zimowe miesiące, patrzę w przyszłość, a przeszłość pakuję w pudełko po butach i chowam na strychu.



There are no short cuts

I hear myself say “I want to read more,” or “I need to write more,” or “I want to spend less time on social media.” I’m not alone, I hear a version on those every day all around me. Every one has something that they would like to do more, or less. Something they would like get to, something they would like to do.

The solution is simple. If you want read more, you need make time for it and read. If you want to be writing, you need to write. If you want to be fit, you need to exercise regularly and eat well. If you want to be less on social media you need to pick up your phone less. If you want that people read your blog, you need to post there regularly. It’s that simple.

So why are we always looking for hacks, shortcuts, magic formulas? There are none. If you want to do something, you need to be doing it. That’s it. There is no magic to it. There is only making sure that you’re doing what you want to be doing.

There’s no short cut to having readers of your blog. To get them you need to write and post something regularly. There is no hack for writing a book. If you want to write one, you need to put your ass in chair and write, a lot. If you want to read more, you may have to stop watching Netflix or scrolling Instagram and pick up a book and read. There’s nothing more to it.

I know it’s hard. I know it’s not how it looks like on the internet. I know there are always people who will tell you that they can help you do what you want to do and reach those goals, because they found a way to do that. I know we all want to believe them. I know it’s easier to spend money on another course or e-book that promises you an easy way to get what you want.

But listen to me. I tried them all. And I came back to this simple way of reaching my goals. And listen carefully now. This is it.

Work. Putting an effort in every day. Head down, ass in chair and work. There really is nothing more to it.



A little update

I know I probably say it every year, but how is it September already? When did this crazy year got so far? In March it seemed it will never end and here we are.

I never thought so much would happen this year. We sold our house, we bought a new one just as Covid-19 hit us, we moved to Germany and then back to the Netherlands to our new home. Everything while figuring out our lives as we both changed directions and started new career paths.

Craziness all around and still I love this year. I know it’s an unpopular opinion and I should be complaining how hard it all is, but I’ve learned so much. About myself and about the world.

I know exactly what I want from life and even though I’m not sure how I’ll get there, I know I will. I can work tirelessly on things I want and that’s what I’m planning to do. Work my ass off until I’ll get there.

I’ll be trying things, I’ll be failing and falling, but then I’ll be getting up to try again, and again. That’s the only way I know.



Nie ma złych emocji

Nie godzę się na dzielenie emocji na te złe i te dobre. Nie ma złych emocji, wszystkie emocje są nasze, są nam potrzebne, tworzą część tego kim jesteśmy. Szczęście, smutek, złość, radość, strach przeplatają się przez nasze życie i żadna z nich nie jest zła. Nasze emocje tworzą całość, pełen obraz człowieczeństwa.

Mam wrażenie, że uczy się nas chować niektóre emocje, nie dlatego, że są one złe, ale dlatego, że innym jest trudno się z nimi obejść. Dużo łatwiej jest być przy osobie szczęśliwej niż smutnej. Dużo łatwiej jest pomóc komuś radosnemu niż zezłoszczonemu. Nie chcemy brudzić sobie rąk, chcemy, żeby świat był ładny, przyjemny, łatwy. Także nasz świat wewnętrzny.

Kiedy widzę prośbę o sposoby na zły dzień, na zagłuszenie go, na pozbycie się emocji, które się w nas gromadzą, to robi mi się przykro. To tak jakbyśmy chcieli się pozbyć części siebie, zakopać jakiś kawałek nas gdzieś głęboko i nigdy więcej na niego nie patrzeć.

A gorsze dni, smutek, złość i strach są po coś. Pomagają nam przejść przez pewne fazy w życiu, pozwalają nam lepiej zrozumieć siebie. I choć to trudne, dobrze jest z tymi uczuciami chwilę posiedzieć. Posłuchać co mają nam do powiedzenia. Poczuć je w pełni, nauczyć się ich, zrozumieć skąd się biorą.

To właśnie te emocje przekazują nam często informacje, których potrzebujemy, żeby móc czuć się szczęśliwym, radosnym, żeby kochać. To te emocje pokazują nam braki, pomagają rozpoznać nasze marzenia, pomagają nam dążyć do celu.

Nie walczmy z nimi, nie chowajmy ich. Pozwólmy sobie żyć w pełni.



Przeprowadzka

Zniknęłam. Znowu. Wszystko przez przeprowadzkę. Po sześciu tygodniach w Niemczech jesteśmy od dwóch tygodni w nowym domu. Powoli wszystko ogarniamy. Mój pokój do pracy jest już w zasadzie gotowy. Brakuje tylko jeszcze fotela i kabla do podłączenia laptopa do monitora. Ale siedzę sobie tutaj codziennie i dłubię. Piszę, myślę, kombinuję, szukam możliwości zarobku.

Po sześciu tygodniach w zawieszeniu, a w zasadzie po paru miesiącach, bo życie w miejscu, z którego się wyprowadzałam na drugi koniec kraju, to też w zasadzie zawieszenie, wreszcie mogę planować, działać, zaczynać rzeczy, które związane są z miejscem pobytu. Wreszcie mogę odetchnąć i czuję, że powoli mi się to udaje.

Wszyscy mówią, że przeprowadzka to ogromny stres. Ja uważam, że to raczej ogromne zmęczenie. Stresu udało nam się uniknąć, głównie dzięki dobrej firmie przeprowadzkowej. Poza tym mieliśmy czas, żeby wszystko spokojnie przemyśleć i zaplanować. Nie było pośpiechu, nie musieliśmy się stresować.

Pakowanie zaczęłam już sześć tygodni przed datą przeprowadzki. Powoli, codziennie po trochu. Z rozpakowywaniem też się nie spieszę. Najważniejsze rzeczy są na swoim miejscu: łóżko, biurko, kanapa i stół. Na resztę spokojnie przyjdzie czas. Nie spieszy nam się przecież. Zostajemy tutaj na dłużej.

Teraz staram się wprowadzić rytm do dnia. Żeby cały nie kręcił się tylko wokół domu. Rano pracuję i piszę, a popołudniu robię coś w domu. Wieczory są na odpoczynek z książką.

Powoli tworzymy nasz dom. Nasze miejsce na ziemi.



How much do you want it?

If you say you want to read more and then you binge watch series for hours, what are you actually saying? When you say you want to write and then never set a pen to paper (or fingers to the keyboard), what are you actually saying? For me you’re saying that you don’t really want what you say you want.

If you want to read more, you need to turn off the TV and pick up a book. You need to make time to read. If you want to write, you need to write. If you really want something, you need to do it, you need to make time for it, you need to keep doing it.

There is no easy way. There is no magic trick. Nobody can teach you do things you say you want to do. Only you can make it happen. If you really want something, you need to go and get it, work for it, make it your reality. There is no other way.

What is that you want?

What are you doing instead?

What can you change?

Be honest with yourself. If you lie to yourself about it, how can you be sure you really know what you want? Maybe it’s not what you think it is. Maybe that’s the reason you weren’t doing it in the first place. You need to look deep and now for sure that this is it. This is what you want. Because it’s not an easy road to walk on. It’s going to be hard, you’ll fall back into your old habits, you’ll have to start again.

But if you truly want this. It will be all worth it.

So now, tell me. What will be your first step?




When the time is slowing down

Yesterday I wrote on my Instagram that we’ve entered the last week of staying in Germany, in our temporary home. I was hoping that I will blink and we’ll be on the other side of this. The time seems to slow down, the days feel like they’re made of syrup. Is it always like that when we can’t wait for something to happen?

Maybe that’s the whole secret of time passing by slower when we are kids. As children we always want something to happen. We wait impatiently for our holidays to start, we want to see our friends, and maybe the most important of all we want to be adult, to be free and do what we want.

Maybe the key to slow the time is to want something. To be waiting for the things we want. To be in this children like state of “I can’t wait to be adult finally.” Maybe that’s the magic spell.

I’m waiting impatiently for Wednesday to come. To be home again.

Co mnie martwi

Martwi mnie stan świata. To, że ludzie odwracają się od demokracji, że tak szybko zapomnieli jak to jest żyć bez niej. Martwi mnie to, że tak łatwo odwracamy się od osób o innym kolorze skóry, innej orientacji seksualnej czy też innego wyznania. Tak, jakby ich życie było mniej warte od naszego, tylko dlatego, że jest inne. Martwi mnie brak akceptacji inności.

Nie rozumiem jak w kraju, który był dotknięty faszyzmem jak żaden inny w Europie, w kraju, w którym ludzie przez długie lata po wojnie nadal bali się o swoje życie, w kraju, w którym zamykano ludzi w więzieniach za inne przekonania, można mieć tak krótką pamięć. Jak to się dzieje, że aż 7% społeczeństwa głosuje na osobę o faszystowskich poglądach? Jak to się dzieje, że człowiek, który nazywa całą grupę osób ideologią, odczłowiecza ich, ma szanse na wygraną w wyborach?

Naprawdę tak szybko zapomniano o lekcjach historii? O tym jak się zaczął holokaust?

Martwi mnie, że w kraju, który jeszcze 3 lata temu miał czarnoskórego prezydenta, bezbronni czarnoskórzy ludzie giną na ulicy, zabijani przez tych, którzy powinni ich chronić. Martwi mnie to, że niestabilny narcyz jest u władzy i ma szansę na reelekcję. Martwi mnie, że w „kraju wolności” odmawia się jej całej grupie społecznej, tylko i wyłącznie ze względu na ich kolor skóry. Martwi mnie to, że imigranci nie mają żadnych praw. Że dzieci są traktowane gorzej niż zwierzęta, że kraj, który walczy z totalitaryzmem nie widzi jego objawów na własnym podwórku.

Martwi mnie, że w dobie powszechnego dostępu do informacji i wiedzy, są ludzie, którzy protestują przeciwko środkom zapobiegającym rozprzestrzenianiu się wirusa. Że podczas gdy każdy z nas ma dostęp do badań naukowych, są ludzie, którzy nie wierzą w działanie szczepionek.

Martwi mnie, że w pogoni za sukcesem i dobrobytem zapomnieliśmy o zadbaniu o naszą planetę. Że myślimy o sobie i tym co tu i teraz, zapominając, że wszystko to, co robimy zostawia po sobie ślad. Martwi mnie, że nie myślimy o następnych pokoleniach, że nie robimy wszystkiego, co w naszej mocy, żeby zostawić im świat, w którym da się żyć. Martwi mnie stan naszej planety i to, że w dobie pandemii jej dobrobyt zszedł na dalszy plan. Martwi mnie, że nie widzimy jak bardzo pandemia i zmiany klimatyczne są ze sobą połączone.

Martwi mnie nasza krótkowzroczność. Martwi mnie, że wybieramy polityków, którzy tylko ją pogłębiają. Martwi mnie świat, ale jest we mnie nadzieja, że się obudzimy i zaczniemy dokonywać mądrych wyborów.




Thoughts on acceptance

In her last newsletter Helen Redfern shared this article about Instagram and as I’m struggling lately with the little app, it resulted in some thoughts. Because the mean people and feeling inadequate is one side of the story for me, but the other is something I was never good at – belonging to a group.

In the last few weeks, when the Black Lives Matter movement got stronger on Instagram you were easily judged if you didn’t take a public stand on it. It was like being in high school again indeed. You’re doing what we think you should be doing or you don’t belong with us.

But see, not everyone works through big things publicly. Some of us need time to think things through, others are doing amazing work somewhere unseen. And that doesn’t mean that we don’t support Black Lives Matter or any other cause or that we’re racists. We just do things differently from you.

I have to admit that I had a problem with big accounts announcing that they will now be quiet for a week and watch and learn. Because this is the privilege we are talking about for so long now. The possibility to sit and watch, the expectation that the people fighting the fight will show how it’s done and educate us on the matter. And then having an opinion about others not educating themselves publicly, on Instagram.

I wish we were all more inclusive. That we accepted that everyone is different and has different needs and ways of dealing with stuff. It’s not a contest, there is no one way to do this. Why can’t we accept that?

Anyway, what I was trying to say is that Instagram feels lately like you can only belong there if you do things a certain way. And if you don’t, you’re that weird kid that’s sitting alone on a lunch break.



Instagram i ja

Nie odnajduję się ostatnio na Instagramie. Nie do końca wiem o co biega, ale mam gdzieś poczucie, że tam nie pasuję, że coś się nie zgadza. W ostatnim newsletterze Helen Redfern linkowała do tego tekstu i coś w tym jest. Instagram powoduje, że ciągle szukam przynależności, że chcę się wpasować w akceptowalne ramy. I to wszystko wyciąga ze mnie energię.

Nie chodzi mi o to, że Instagram jest zły. Zupełnie nie. Nadal bardzo lubię to medium. Chodzi mi o to, że dałam się zapędzić w szukanie ideału, w strategie wzrostu, gonitwę za polubieniami i nowymi obserwatorami. Ze wszystkich stron słychać, że wzrost jest ważny, że trzeba robić tak czy siak, żeby mieć to czy tamto. Pozwoliłam tym głosom wpływać na moje postrzeganie siebie.

Dochodzę do wniosku, że słuchanie instagramowych specjalistów źle na mnie wpływa. Strategiczne myślenie o medium społecznościowym wywołuje u mnie stres. A przecież nie tego tam szukam.

Ja chcę się tylko dzielić historiami, moimi życiowymi przemyśleniami, tym co czytam, co mnie zajmuje, zaciekawia.

Wcale nie chcę strategicznych działań, ani miliona obserwujących, nie szukam popularności. A jednak udało się komuś mnie przekonać, że to jedyna słuszna droga.

Siedzę więc i rozmyślam nad swoją bytnością w internecie, nad tym jak chcę, żeby ona wyglądała. Gdzie chcę być więcej, a gdzie mniej. Co wspiera to kim jestem i kim chcę być. Nie wiem co z tych rozmyślań wyniknie, ale wiem jedno. Jedyna droga, którą chcę podążać, to moja droga. Nawet jeżeli będzie bardziej kręta.