U mnie, najczęściej powolne. Jest poranne pisanie w brulionie, ćwiczenia i śniadanie z książką. Potem czas przy biurku i pisanie, coś na bloga, coś na Substack, coś innego. A popołudniem albo ruszam do pracy albo schodzę na dół na powolną kawę i lunch, znowu z książką. Popołudnia są różne, czasem spieszne, czasem w pracy, czasem całkiem zaczytane. Choć teraz będą się zmieniać na zapracowane, nawet jak nie mam zmiany w biblio. Ale to inna historia.
Poranki, to w nich odnajduję spokój, siebie taką jak lubię, spokojną, nie wątpiącą. To późniejsze godziny wypełniają mnie obawą, wątpliwościami, myślami, że to bez sensu. Ale poranki są moje, choć nie jestem rannym ptaszkiem. Nie zrywam się o świcie z pieśnią na ustach i nie witam dnia wykonując sekwencje powitania słońca. Często nie chce mi się wstać z łóżka, szczególnie kiedy wystawienie stopy spod kołdry wywołuje dreszcze. Czasem nie chce mi się zaczynać dnia, bo wiem, że popołudniu muszę iść do pracy. Czasem budzik dzwoni mimo wszystko za wcześnie. Czasem najchętniej spędziłabym cały dzień zakopana pod kołdrą.
Ale mimo tych wszystkich czasem, lubię moje poranki, ten czas dla mnie. Telefon wyłączony (choć i tak niezbyt często się odzywa), cisza, tylko Alice krzyczy o jedzenie i uwagę po nocy w samotności, i głodzie (Alice to nasza kocica, żeby nie było, że głodzę dziecko). To mój czas na rozruch, na powolne obudzenie głowy i ciała. Chyba już nie potrafię inaczej, w pędzie, ze śniadaniem na stojąco i szybkich łykach herbaty. Potrzebuję tego spokoju, powolności i to jest też to, co trzyma mnie w pracy w biblio, z rzadka muszę być w niej przed południem. Poranki są moje, skupione na tym, co dla mnie ważne.