Czytanie tej książki było bardzo trudne. Ta książka mnie zasmucała i złościła, złamała mi serce tyle razy, że nie da się zliczyć, a mimo to bardzo mi się podobała.
Trudno jest o niej pisać. W tej książce jest wszystko, każda możliwa straszna rzecz, która może wydarzyć się w czyimś życiu. Dlatego czytałam ją powoli, bardzo powoli, bo potrzebowałam wielu przerw na złapanie oddechu.
Jest tam sporo ciemności, ale pojawiają się też drobne przebłyski światła i warto się na nich skupić podczas czytania. Ta książka opowiada o przemocy i izolacji, ale to także opowieść o sile i nadziei, o naturze i stawaniu się sobą, o miłości i przyjaźni.
Wielokrotnie odnajdywałam siebie w tej historii, mimo że moje doświadczenia różnią się od doświadczeń autorki. Ale nie trzeba przeprowadzać się na małą wyspę, aby poczuć się odizolowanym i nieakceptowanym. Wyzwiska, nienawiść tylko dlatego, że jest się innym, złośliwe przytyki, bo masz odwagę robić wszystko po swojemu i wejść w rolę, która nie była ci przeznaczona, wszystko to znam. Jednak nic nie może się równać z tym, przez co przeszła Tamsin. Nie życzyłabym tego najgorszemu wrogowi.
Wytrwałość i siła, których Tamsin potrzebowała, aby przetrwać, są niewyobrażalne. Odnalezienie siebie w całej tej samotności i przeciwnościach losu, a następnie pozostanie wiernym sobie, jest aktem odwagi. W każdym społeczeństwie.
Rozpoznałam również historię tej jednej osoby, przyjaciela i poczucia bezpieczeństwa, jakie może dać ci ta jedna osoba, ciepło prawdziwej przyjaźni. Postrzegam tę książkę jako hołd złożony dobru drzemiącemu w ludziach oraz zachęcający do pozostania wiernym sobie i podążania za głosem serca.
Tak, to książka o przeciwnościach losu, ale także o byciu zmianą, którą chcemy zobaczyć wokół siebie.
P.S. Jestem zaskoczona, że ta książka nadal nie ukazała się w Polsce. Może wydawcy boją się, że byłaby zbyt konfrontująca dla polskiego społeczeństwa?