Za oknem deszcz, a ja siedzę przed komputerem i zastanawiam się co wam napisać. Chciałabym opowiedzieć o książce, ale natłok myśli mi to utrudnia, a senna szarość nie sprawia, że mój umysł się wyostrza. Spróbuję wam to wszystko jakoś przekazać, ale może być chaotycznie.
Nie wiem kiedy zaczęłam myśleć o dziennikarstwie. Może jak miałam szesnaście lat? Może trochę wcześniej. Nie wiem też dlaczego. Pewnie pociągało mnie pisanie, opowiadanie ludzkich historii, ale na pewno nie byłam wtedy tego w ten sposób świadoma. Wiedziałam tylko, że to jest coś, co chciałabym robić. Nie poszłam jednak na studia dziennikarskie (to długa historia), nie spróbowałam też swoich sił w inny sposób. Chciałabym powiedzieć, że żałuję, bo pewnie trochę tak jest, ale jak patrzę na stan dzisiejszego dziennikarstwa, to czuję, że to nie moje miejsce. Choć są oczywiście wyjątki.
Jednym z nich jest The New Yorker. To dziennikarstwo na najwyższym poziomie i wielu amerykańskich dziennikarzy i pisarzy marzyło i marzy o pracy dla nich. Ten tygodnik obchodzi w tym roku stuletnie urodziny i nadal uważany jest za wyjątkową publikację, nadal nie poddaje się trendom spłycania publikowanych tekstów, nadal zajdziemy w nim długie, rzetelne artykuły.
W Holandii mamy Follow the Money (jest też strona w języku angielskim), które zajmuje się dziennikarstwem śledczym i robią kawał dobrej roboty. To ile ważnych spraw już wyciągnęli na światło dzienne jest imponujące. Ich dążenie do znalezienie prawdy, jak również nie uginanie się pod groźbami dużych korporacji i innych wpływowych ludzi, jest godne podziwu. Na miejscu jest porównanie do tego, co robi The New Yorker.
Tęsknię za rzetelnym dziennikarstwem, za artykułami, których stworzenie zajęło osobie piszącej więcej niż kilka godzin. Brakuje mi dziennikarstwa, które nie polega na przepisywaniu informacji ze stron agencji prasowych. Brakuje mi dobrze sprawdzonych i prześledzonych historii, o których inaczej nigdy byśmy nie usłyszeli.

W książce „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”, Michał Choiński pokazuje nam jak działa redakcja tygodnika, jak to się stało, że reprezentują to, co reprezentują. Zagląda do archiwów, starych numerów, listów pomiędzy autorami i redaktorami, rozmawia z wieloma osobami związanymi z czasopismem, w tym z moim ulubionym Adamem Gopnikiem. Mam wrażenie, że autor starał się zajrzeć w każdy zakamarek, żeby przedstawić jak najprawdziwszą historię. W moich oczach mu się to udało, bo czytałam tę biografię zafascynowana działaniem redakcji.
Dowiadujemy się jak powstały najważniejsze reportaże i artykuły, jak działa dział literatury i poezji i jakie są kryteria doboru tekstów. Autor rozmawia z twórcami okładek, pokazuje nam ich historię i zmiany jakie zaszły, ale też odkrywa przed nami motywację, która się za nimi kryje. Dowiadujemy się jak działa fact-checking i nie wyobrażam sobie, że ktoś może nie być pod wrażeniem ich pracy i jak daleko są w stanie się posunąć w sprawdzaniu szczegółów historii.
Z tej książki wyłania się obraz pisma-instytucji, prawie żywego organizmu, który żyje trochę inaczej od innych w swoim gatunku. Sto lat dziennikarskiej tradycji i wyjątkowości. Czy kolejny redaktor naczelny będzie w stanie utrzymać ten status? Czuję lekkie obawy, w końcu Condé Nast może wykorzystać emeryturę Davida Remnicka (jeszcze na nią nie przeszedł, ale o niej myśli; w końcu ma już sześćdziesiąt siedem lat) do wprowadzenia zmian, które będą w zgodzie z polityką firmy. Pozostaje mieć nadzieję, że status New Yorkera jest ważniejszy od zachcianek kierownictwa medialnego giganta.
Muszę, bo się uduszę: to bardzo dobra książka, ale redakcja i korekta niestety nie stanęły na wysokości zadania. Błędy w książce o miejscu, gdzie ważny jest każdy przecinek, są trochę mocniej rażące. Niektórym zdaniom brakuje wyrazów i jest kilka innych językowych nieścisłości. Mimo tego, polecam, bo warto zobaczyć jak może wyglądać dziennikarstwo.