Moja łódź podwodna

Siedzę i myślę, co i jak. O tym jak więcej blogować, jak dalej podążać w obranym kierunku (choć tutaj częściowo mam jakieś pojęcie), o tym, że trzy przeze mnie wyhodowane z pestki drzewka (dwa awokado i jedno nie wiem co to, może kiwi, a może brzoskwinia) potrzebują większych doniczek, a jedno, które pojawiło się u mnie w domu podczas urlopu, innej doniczki, bo ta przecieka na wszystkie strony i o tym, że grudzień chcę spędzić z Jeżycjadą i książkami świątecznymi. Czasem się zastanawiam jak te myśli mogą tak koegzystować, pojawiać się w mojej głowie w tym samym momencie. Gdzie tu logika? Choć może już dawno nie powinnam jej szukać, bo mój umysł to czasem, a nawet często, jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem. Najczęściej językowo, ale nie ma co tu ukrywać, w innych sferach również.

Jednak, mimo zamieszania i dziwnych myślowych połączeń, panuje tam spokój. Ulotniły się frustracja, niepewność co do słuszności wyboru drogi, zagubienie i myśli o tym, że przegapiłam swój moment i teraz to już za stara jestem na takie rzeczy. Pojawiła się za to przestrzeń i przekonanie, że mam jeszcze w sobie trochę dużo woli walki i nie mam zamiaru się poddawać. Wiem co robić i choć nie wiem jakie to robienie przyniesie rezultaty, robić swoje będę aż padnę lub osiągnę cel.

Wreszcie wszystko się wyklarowało i czeka mnie teraz dużo pracy, ale jestem na to gotowa, a wręcz chcę być w niej zagrzebana po uszy. Dawno nie miałam w sobie tyle spokoju i pewności, że to słuszna droga, że chcę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby nią podążać i dotrzeć tam, gdzie chcę być. To warte wszystkich poświęceń, krzywych spojrzeń i wkurzenia kilku ludzi (choć nie wiem czy ktoś się będzie wkurzał, zakładam sobie to, bo zwykle tak jest jak zaczynamy stawiać wyraźne granice).

W tym roku odkryłam, że do dobrego funkcjonowania potrzebuję rutyny i regularności. Codziennie powtarzalnego układu dnia. Dziennik, ćwiczenia, pisanie – rano, a popołudniu praca w biblio albo inne zadania (pisanie, tłumaczenie, blogowanie). A propos biblio, to jest praca na część etatu i byłoby idealnie gdyby nie to, że ciągle wchodzi mi na poranki zebraniami i spotkaniami. I tutaj muszę włączyć asertywność i przestać się na to zgadzać. A do tego częściej powtarzać mantrę „to nie moja łódź podwodna” (nie pytajcie skąd to jest, sprzedał mi to mąż i działa) i przestać się przejmować tym, co nie należy do moich obowiązków. Robić to, za co mi płacą, a resztę zostawić tym, którzy są za to odpowiedzialni. To trudne, bo ja jestem tak zwanym pracownikiem zaangażowanym i chcę, żeby wszystko dobrze funkcjonowało. Ale skoro to nie w biblio leży moja przyszłość, to czas się odangażować i przesunąć przejmowanie się na własną łódź podwodną. Prawda?

Leave a comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.