Schody schodom nierówne, czyli jak odpoczynek pomaga nabrać pewności

Gdybym fiknęła ze schodów pomiędzy pierwszym piętrem a parterem, pewnie nie byłoby tak źle. Te schody są otulone miękkim dywanem. Ale ja musiałam uskutecznić upadanie na schodach do piwnicy. Tam, gdzie brzegi stopni są wzmocnione specjalną twardą nakładką. Powiedzieć, że bolało (i boli nadal), to nic nie powiedzieć. Choć moją pierwszą myślą nie był ten ból, a nadzieja, że nie przestawiłam sobie znowu kości ogonowej. Może to ból w okolicy lewej nerki spowodował, że przychodziły mi do głowy właśnie takie myśli, ale bardzo nie chciałam wracać do fizjoterapeutki, która musiała mi prostować odcinek ogonowy kręgosłupa na trzy razy, z wiadomością, że zaprzepaściłam całą jej pracę. Ale też trochę dlatego, że nie wiem jak ten upadek wyjaśnić.

Schodząc do piwnicy, zatrzymałam się na schodach, żeby coś sprawdzić na mijanej półce. Nie pierwszy raz się tam zatrzymałam, nie jest to jakieś szczególnie niebezpieczne miejsce. Poza tym, właśnie, zatrzymałam się. A w kolejnej sekundzie wpół leżałam na schodach, wiedząc, że będzie bolało bardzo i pewnie długo. No i boli. Po półtorej tygodnia już trochę mniej, ale boli nadal jak diabli i codziennie w innych okolicznościach.

Kiedy ludzie pytają mnie jak mi minął okres świąteczno-noworoczny, odpowiadam, że boleśnie. Nie wiem co sobie myślą, bo nie zadają pogłębiających pytań. Chyba się obawiają trudnych rodzinnych historii. Patrzą więc tylko trochę smutnymi oczami, starając się ukryć własne zadowolenie z życia. Nie będę ukrywać, że dawanie takich trochę trudnych odpowiedzi, sprawia mi często przyjemność. Lubię widzieć zmieszanie na czyjejś twarzy, zmarszczki formujące się na czole i pomiędzy brwiami, ukazujące poruszające się w mózgu trybiki, rozszyfrowujące co autorka miała na myśli. To taka mała zemsta za przymus wyjaśniania myśli poetów na lekcjach polskiego. Bo czyż nie byłoby prościej założyć, że skoro poeta napisał, że niebo jest niebieskie, to to miał właśnie na myśli, że nie krył się za tym żaden specjalny przekaz? A jak mówię, że święta minęły mi boleśnie, to mam na myśli w fizycznym bólu i nie ma się czego bać? Ech, czasem lubimy sobie utrudniać życie.

No, ale ja nie o tym dzisiaj chciałam. Ja chciałam o tym jak ten upadek, i za nim idący wymuszony odpoczynek, dobrze mi zrobiły. Nie fizycznie, oczywiście, ale psychicznie jak najbardziej. Przez tydzień, naprzemiennie, siedziałam w dwóch pozycjach, a co pół godziny podejmowałam się chodzenia w te i z powrotem po pokoju (w czasie deszczu) lub po ogrodzie (w momentach suchych – tych było zdecydowanie mniej, więc możecie sobie mnie wyobrazić spacerującą wzdłuż regału z książkami). I to właśnie ta prostota tych dni pozwoliła mojej głowie poszaleć myślowo, ale też mi poczuć całą sobą co to jest to życie, którego tak bardzo chcę.

I wiecie co? To się całkiem proste okazało. Bo ja najbardziej w życiu chcę spokoju. Pracy z domu, najlepiej związanej ze słowem pisanym, czasu na czytanie, pisanie i tłumaczenia, i na spacery krótsze i dłuższe, i w ogóle na jakąś regularną aktywność fizyczną. I żeby móc dalej piec ten swój chleb i inne pyszności, czasem coś ugotować, ale raczej częściej zjeść to, co ugotował mój mąż. I żeby siedzieć razem na kanapie, czytając albo oglądając jakiś film. I żeby czuć w tym wszystkim spokój właśnie. No i słuchać tego wszystkiego co we mnie siedzi i chce być powiedziane i potem pisać o tym zwykłym życiu tutaj, ale nie tylko tutaj. I tak, tak, oczywiście zdrowia, bo od tego się wszystko zaczyna, ale raczej rozmyślałam o sobie w codzienności, o tym jakbym chciała, żeby wyglądały moje dni.

Mądrzy internetowi wpływacze powiedzieliby mi teraz, że powinnam już teraz żyć tak jak chcę, żeby wyglądały moje dni, że to najlepsza droga do osiągnięcia celu. I ja bardzo chętnie, ale rzucanie pracy w obecnym klimacie ekonomicznym, nie wydaje mi się najlepszą drogą do jego osiągnięcia. Myślę, a nawet wiem, że zaburzyłoby to najważniejszy element tej wizji, spokój.

Ale trzymam oczy szeroko otwarte na możliwość pracy z domu, na ciekawe zlecenia, na to wszystko, co może mi pomóc dotrzeć tam, gdzie najbardziej chcę być. I rzucam te myśli na wiatr, niech je niesie, niech wszechświat wie. Może spotkają się te moje chcenia z kimś, kto będzie mi je mógł pomóc spełnić.

I tego też Wam, serdecznie, na ten Nowy (jeszcze) Rok życzę.


6 thoughts on “Schody schodom nierówne, czyli jak odpoczynek pomaga nabrać pewności

  1. Szczęśliwego!

    Schody są podstępne, znam takich, co się potknęli i cały bark był do wymiany, rehabilitacja trwa :/.

    Ja czasami tak pędzę i w sumie się obawiam, że w pewnym momencie już nie dam rady i po prostu rozsypię się ze stresu i strachu o przyszłość. A nie mam przecież na to czasu ;). Nie wiem, czy mogłabym odpocząć na takim przymusowym urlopie. Lubię wolne, ale na swoich zasadach…

    Liked by 1 person

    1. Długo mi zajęła nauka odpuszczania. Nie mogę nic zmienić, nie mogę prawie noc robić, więc równie dobrze mogę odpuścić i odpocząć. Kiedyś bym walczyła, a teraz odpuszczam. Zresztą nie tylko w takich sytuacjach. 😉

      Like

  2. Swoją drogą to zabawne, że kolejne pokolenia są torturowane tym samym pytaniem ‘co autor miał na myśli?’. To musi być jakaś polska myśl szkoleniowa… 😉

    Liked by 1 person

      1. Niestety, były (moja mama, ja), są (siostrzenica zdawała maturę trzy lata temu) i obawiam się, że będą. Ja zawsze lubiłam czytać i w sumie cieszę się, że lekcje polskiego mi tego nie obrzydziły…

        Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.