Lato zbliża się ku końcowi i mam ochotę powiedzieć „wreszcie”. Wszystko przez te upały, a nie doświadczyłam takich przez całe 21 lat mojego mieszkania w Holandii. Potem pojechaliśmy w Alpy, a tam też upały, mieszkańcom na wysokościach zupełnie nieznane. Mózg mi się lasował, ciało protestowało, nastrój miałam przez to różny, ale przetrwałam i to. Wreszcie robi się wcześniej ciemno, temperatury są idealne, pada regularnie i przyroda odżywa, choć zaraz przecież zacznie się układać do zimowego snu. Niedługo kupię kulki tłuszczowe dla ptaków i będę się przyglądać ich szaleństwom za oknem.
W lipcu spędziłam czas na urlopie, podjęłam decyzję o zmianie systemu pracy i co było w tym miesiącu najwspanialsze, spędziłam czas z moją siostrą i jej rodziną. Bardzo mi było z tym dobrze i nadal jest mi przykro, że już wyjechali. Nie widziałyśmy się osiem lat, więc prawie się popłakałyśmy przy pierwszym spotkaniu. I właśnie sobie zdałam sprawę z tego, że nie mamy z tego czasu ani jednego zdjęcia. Ale to nic, w pamięci mam mnóstwo miłych chwil.

Sierpień miał być miesiącem spokoju, odpoczynku i odnajdowania się w nowej sytuacji zawodowej. Był tym tylko trochę, a głównie był miesiącem czytania Jeżycjady, na co zdecydowałam się pod wpływem postu Natalii Klimas na Instagramie. Mówiła tam o tym, że sierpień jest niedzielą roku i jaki jest melancholijny i dodała, że jest to wspaniały moment na czytanie Jeżycjady. Mój mózg natychmiast zareagował i krzyknął „To trzeba sprawdzić!”. Mogę więc potwierdzić, że sierpień i Jeżycjada bardzo dobrze ze sobą współgrają.

Oczywiście nie mogłam przeczytać kilku części, tylko rzuciłam się od razu na całość. I tak przeczytałam w sierpniu 31 książek. Wiem, szaleństwo, ale samej Jeżycjady jest 23 sztuki. Ponieważ nie potrafię czytać tylko jednej książki, urozmaicałam sobie to czytanie innymi lekturami i jakoś tak wyszło, że przeczytałam więcej niż myślałam. Wynikało to również z tego, że jak się okazało, mój mózg nie lubi planowanego czytania. W każdym razie, nie tak obszernego. Wyrywał mi się do innych lektur, innych historii i musiałam mu dać to, o co prosił, bo inaczej czytanie szłoby mi jak po grudzie.
Po tym intensywnym miesiącu wracam do moich stosów i półek elektronicznych i dobieram lektury na bieżąco, pod widzimisię danej chwili. Do końca roku planowo czytam tylko książki na kluby, a poza tym pełna wolność. Choć teraz to chyba najchętniej leciałabym od góry do dołu, bo trudno mi wybrać i najchętniej czytałabym wszystko naraz.
Do tego dorzucę chyba sobie codzienne czytanie jednej krótkiej formy z różnych zbiorów, bo na przeczytane czekają też zbiory opowiadań, esejów i reportaży. Łatwiej się je tak czyta, po trochu, niż jedno po drugim, szczególnie, że przecież niektóre wymagają jakiejś refleksji, chwili na zastanowienie się nad tym, co przeczytałam.
I niby bez planu, a jednak z planem. Ech… chyba nigdy się nie nauczę.
Fantastyczny czas, cieszę się razem z Tobą, że udało ci się tak wspaniale spędzić wakacje – i rodzinnie i czytelniczo! U mnie też zawsze jest plan, który potem modyfikuje życie :D ale czy to nie jest najpiękniejsze? Dobrego dnia!
LikeLiked by 1 person
Dziękuję. Czytelniczo zdecydowanie wolę bez planu, może dlatego, że jak jest plan, to go wykonam nawet jakbym na koniec miała paść i już nie wstać. A przecież czytanie to przyjemność, nawet jak czasem (w moim przypadku) jest obowiązkiem. ☺️
LikeLike