Dziwny jest ten rok

Wszystko zaczęło się w styczniu, jak rozłożył mnie jakiś wirus. W moim przypadku to już trochę dziwne, ale jeden wirus jeszcze nie tworzy precedensu. Zaraz potem przyszedł drugi wirus, który zdołał przekształcić się w trzeci. I tak mi minęły pierwsze trzy miesiące roku. Dla osoby, która choruje z rzadka nie był to łatwy czas, kiedy więc wreszcie wyzdrowiałam, rzuciłam się z zapałem na wszystko, ale przede wszystkim na sport, bo tyle czasu w bezruchu zaczynało mnie martwić. To właśnie wtedy moje ciało powiedziało stop (a w zasadzie powiedziało to już wirusami), choć ja jeszcze nie potrafiłam tego usłyszeć. Tym razem podrzuciło mi ból pleców. Taki dosadny, ale dało się z nim żyć. Aż się nie dało, a terapeuta manualny zalecił odpoczynek, w sensie leżenie i relaks. I o nieba, to zadziałało, powoli acz skutecznie ból zaczął się zmniejszać, mięśnie przestały być w stanie ciągłego napięcia i nawet terapia manualna przestała być bolesna.

Na horyzontalne życie nie narzekały moje uzależnienie czytelnicze ani Alice

W tym czasie dopadł mnie epizod depresyjno-lękowy, co oczywiście nie pomagało sprawie, ale i to odpuściło dzięki odpoczynkowi. Kto by się spodziewał?! Jednak po trzech tygodniach leżenia, zaczęłam odczuwać niepokój i powoli szukałam możliwości przyjmowania innych pozycji (z różnym skutkiem) i nabrałam ochoty na działanie. W końcu, ile można odpoczywać? W tym wszystkim zdecydowałam się zmienić formę zatrudnienia w bibliotece, żeby znaleźć więcej spokoju i dać sobie przestrzeń czasową i mentalną na inne działania. Na przykład poszukiwanie zleceń redaktorskich czy pisanie na blogu. Jeszcze sobie tego nie ułożyłam, bo jednak pozycja leżąca nie wspomaga takich działań, ale wreszcie czuję, że w mojej głowie pojawiła się na to wszystko przestrzeń . Może więc ten wymuszony odpoczynek nie był taki zły.

Od kilku lat szukam dla siebie jakiegoś wyzwania, które mnie zajmie i codziennie będzie mnie popychać w dobrym kierunku. Po przeczytaniu Tolstoy and the Purple Chair Niny Sankovitch, myślałam o czytaniu jednej książki dziennie. To na pewno by mnie zajęło, ale też nie pozwoliłoby mi na czytanie grubasków, a przecież nie tylko książkami do 350 stron człowiek żyje. Szczególnie, że pod koniec zeszłego roku kupiłam sobie biografię Van Gogha (885 stron), bo choć miałam ją na oku, to dopiero recenzja Wioli Myszkowskiej przekonała mnie do kupna. I wreszcie czuję, że jestem na nią gotowa. Poza tym jest przecież Proust, którego miałam przeczytać w tym roku, ale nie wyszło. I chciałabym wrócić do Jonathan Strange & Mr Norrell Susanny Clarke. No i wreszcie sięgnąć po Cabré, Geerta Maka i The Luminaries. I jest oczywiście moja ukochana seria z Inspektorem Gamache, nie wyobrażam sobie roku bez spotkania z nim. Jedna książka dziennie to zbyt ograniczające wyzwanie, a ja źle reaguję na takie czytelnicze restrykcje.

Skoro nie książka dziennie, to co? Zaczynając od dzisiaj 365, a może nawet 426, codziennych postów na blogu. I pisanie o każdej przeczytanej, jak i niedokończonej, książce. To jest do ogarnięcia, prawda? Prawda?

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.